Media Sunday: Michał Pol

Jak bardzo jest uzależniony od Internetu? Czego brak odczuwał zwiedzając piękne miejsca w Kambodży? W jakich okolicznościach zrozumiał, że zawsze do programów telewizyjnych powinien brać ze sobą tablet z dostępem do Twittera? Co zrobić, żeby zacząć odbierać telefony z propozycją darmowego wyjazdu do Madrytu na ekskluzywny wywiad z Cristiano Ronaldo? Czy czuje się grabarzem „Przeglądu Sportowego”? Dlaczego nie zrobił sobie z gazety biura podróży? Czy mógł zostać gwiazdą Youtube? Na te i na wiele innych pytań odpowiada, w pierwszej rozmowie z cyklu  Media Sunday, były redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” i dyrektor programowy segmentu sport w Grupie Onet-RASP, Michał Pol. Szykujcie kawę, szukajcie wygodnych miejsc do siedzenia, bo czeka was długie czytanie. I tak co tydzień w niedzielę lub w wyjątkowych okolicznościach w poniedziałek. Zaczynamy!

Mógłbyś być obiektem badawczym dla lekarzy badających człowieka uzależnionego od Internetu?

– Niestety, byłbym doskonałym królikiem doświadczalnym. Uzależniłem się od sieci, taka jest prawda, ale mimo wszystko uważam, że w dobrym znaczeniu. Zaczynam dzień od spojrzenia w ekran i kończę dobę zawieszając wzrok na telefonie. Tak już od kilku dobrych lat. Wcześniej to był monitor komputera, a teraz przerzuciłem się po prostu na wersję bardziej mobilną, dużo wygodniejszą, czyli smartfon, dzięki któremu coraz dłużej mogę mieć dostęp do Twittera. Rano sprawdzam, kto co wrzucił przez noc, a w wieczorem upewniam się, czy coś aby na pewno nie ominęło mnie w ostatnich godzinach.

Media społecznościowe traktuję jako źródło newsów, inspiracji i zabawy. Ludzie bawią się tym, że mają możliwość komentowania wydarzeń, a forma Twittera zmusza do wymyślania błyskotliwych, stosunkowo krótkich, a nawet nieco lapidarnych wpisów i często wychodzą z tego naprawdę świetne teksty. A czasem wręcz współczesne haiku.

Zresztą sportowa społeczność jest bardzo inspirująca. Jestem w stanie na podstawie śledzenia samego Twittera z łatwością stwierdzić, czym żyją ludzie, co ich ciekawi, a co nudzi. Poza tym dziennikarz powinien wykorzystywać social media do budowania własnej marki. To jest dziś dla niego kluczowe, gdy o atencję czytelnika-użytkownika rywalizuje z youtuberami, vlogerami, blogerami etc. Samo napisanie tekstu czy zrobienie dobrego wideo, to dziś nie wszystko. Nie można opublikować czegoś, czekać na pochwały i liczyć, że ludzie sami na to trafią. Trzeba własnoręcznie zadbać o wypromowanie materiału i dobrać odpowiedni sposób „reklamy”, by zaciekawić potencjalnego czytelnika. Zobacz, jak świetnie ogrywa ekskluzywne wideo z kadry Łukasz Wiśniowski z Łączy nas piłka. To jego słynne „śpicie” na Twitterze zostało klasykiem.

Trzeba pamiętać, że społeczność każdego kanału jest inna i w żaden sposób się nie miesza. Nie powinno się jednym kliknięciem wrzucać tego samego pliku, z tym samym opisem na Twittera, Facebooka, Youtube czy Instagrama. Wszędzie czeka inny odbiorca, który chce być potraktowany indywidualnie. Najgorsze co można wrzucić na Twittera, to automatyczne: „Właśnie zrobiłem nowy wpis na Facebooku”. Powodzenia. Szukaj sobie.

Potrafisz odłączyć się od sieci?

– Nie czuję takiej potrzeby i bardzo rzadko próbuję. Nie wiem, czy jak palacz rzucający palenie, mógłbym zerwać jednego dnia z Internetem, bo nie mam powodu, dla którego miałbym to robić. Ale coś w tym jest, że odstawienie znoszę ciężko jak palacz lot nad Atlantykiem. Ostatnio w zimie byłem w Kambodży. Zasięg miałem tylko w nocy, jak wracałem do hotelu. Trudno ukryć, że cierpiałem, bo nie mogłem nawet na bieżąco sprawdzać wyników na Livescorze, a jako, że jest to inna strefa czasowa, to nie dawałem rady być na bieżąco z przebiegiem meczów Ligi Mistrzów czy Ekstraklasy. Zwiedzałem piękne miejsca, ale komórka cały czas paliła w kieszeni, bo mogłem robić tylko zdjęcia, ale już dzielenie się nimi było niemożliwe. Miałem wrażenie, że coś się dzieje i mnie to może omijać. Tak to działa. Ludzie uzależnienie od kontaktu z siecią, którzy w niej naturalnie funkcjonują, sprawdzając wyniki czy nawet obstawiając coś u bukmacherów, mają nawet swoją specjalistyczną nazwę: ceramic surfers. To taki ktoś, kto wymyka się z randek czy zebrań w pracy do toalety, żeby na sedesie przejrzeć interesujące go strony internetowe.

Nie tęsknisz za czasami, kiedy można było przeżyć bez wchodzenia pięćdziesiąt razy dziennie na Twittera i wrzucania zdjęć z każdego miejsca, w którym się człowiek znajdzie?

– Sentyment do starych, dobrych czasów jest. Z nostalgią wspominam lata, kiedy dziennikarz jechał w delegację i miał np. całą wolną sobotę, bo tekst przysłać miał dopiero w niedzielę popołudniu. Patrzyliśmy wtedy z politowaniem na dziennikarzy z radia czy telewizji, którzy musieli być cały czas w gotowości, by nadać relację na żywo. Człowiek miał sobotę wieczór i całą niedzielę do dyspozycji, by przemyśleć artykuł, popytać ekspertów o komentarz czy kupić zagraniczne gazety.

Ale było minęło i nie czuję żalu. Czasy są inne, wymagają od nas multimedialności i bycia podpiętym niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę! Szybko wdrożyłem się do nowej rzeczywistości. Z łatwością udało mi się przystosować właściwie każdy nowy wynalazek w jakiś sposób reformujący dziennikarstwo, choć bynajmniej nie kalkulowałem, że je zmieni. Po prostu lubiłem nowinki. W latach 90. bardzo szybko odkryłem Internet. Kolega pokazał mi, jak to działa. Od razu mnie wciągnęło. Pierwszą rzecz, jaką zobaczyłem, to była relacja z jakiegoś meczu NBA z udziałem Chicago Bulls. Na stronie widniał tylko wynik małymi cyferkami: 102:103. Nagle „pyk” i jest 105:103. Ktoś trafił „trójkę”, a my to śledzimy na żywo. Wow!

(Instagram: @polsport)

W 1998 roku byłem na Mundialu we Francji. Stały tam bardzo archaiczne komputery, do których bardzo trudno było się podłączyć, ale ja nauczyłem się stamtąd wchodzić na strony międzynarodowych gazet, bo jeszcze wtedy nie było żadnych serwisów. Oglądałem „ Timesa”, „Guardiana” czy pionierskiego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, żeby czegoś się dowiedzieć, zdobyć jakieś informacje, którymi mógłbym zaskoczyć we własnej relacji.

Bloga założyłem w 2007, Twittera w 2009, w tym czasie miałem też kanał na Youtube. Okres, w którym kręciłem vlogi przypadł na moment w moim życiu, kiedy bardzo dużo podróżowałem i mogłem wrzucać filmiki zza kulis, np. z Mistrzostw Świata w RPA i zamkniętego treningu Argentyny z Diego Maradoną. Oglądalność szalenie mi skoczyła po nagraniu bójek między kibicami Polski i Rosji na Moście Poniatowskiego przed naszym meczem na Euro 2012. Może gdybym kontynuował działalność, byłbym dzisiaj popularna gwiazdą piłkarskiego YT jak np. Dissblaster?

Ile razy na dobę wchodzisz na Twittera? Czesław Michniewicz powiedział kiedyś, że jak dziennie wchodzi się na niego trzydzieści razy, to oznacza, że jest się uzależnionym i trzeba się na jakiś czas wyłączyć, ale… w twoim wypadku nie wiem, czy istnieją jakieś kategorie i czy w ogóle z niego wychodzisz?

– Podobno człowiek średnio prawie 200 razy sięga dziennie po smartfona, żeby sprawdzić godzinę, pocztę, wysyłać sms, czytać wiadomości, przejrzeć social media. Obawiam się, że w moim przypadku tych sięgnięć może być sporo powyżej przeciętnej. Jeśli chodzi o TT, to z okazji ósmej rocznicy przeczytałem w swoich statystykach, że średnio robię osiemnaście wpisów dziennie. Ale w dniu takiego meczu jak Polska-Rumunia na pewno więcej. Różnie bywa, bo są bardzo pracowite dni, w które nie mogę sobie pozwolić na bawienie się w social media i na moim Twitterze jest spokojniej. Poza tym non stop jestem „in”. Nawet jak zapraszają mnie jako gościa do telewizji, biorę ze sobą tablet lub telefon, by móc na bieżąco reagować na wydarzenia, które mają miejsce podczas mojego występu. Kiedyś było to uważane za niestosowne i niegrzeczne, a dzisiaj, kiedy ktoś korzysta z urządzeń mobilnych podczas, gdy akurat się nie wypowiada, to nie budzi to żadnych negatywnych emocji.

Dla mnie przełomem dla takiego podejścia było, jak kiedyś oglądałem w studiu NC+ mecz Ligi Mistrzów między Bayernem i Manchesterem City. Dziwiliśmy się, czemu trener Roberto Mancini nie wpuścił Carlosa Teveza. Stwierdziliśmy między sobą, że to był błąd. Skończył się mecz, lecą reklamy, my szykujemy się do wejścia na antenę, a tu na sekundę przed rozpoczęciem studia pomeczowego, przeglądam Twittera i widzę, że bardzo wiarygodni dziennikarze z Anglii jak np. Henry Winter, piszą, iż Argentyńczyk odmówił wejścia na boisko, bo obraził się, że musi rozpoczynać mecz na ławce dla rezerwowych. Wściekły Mancini rzucił do dziennikarzy w tunelu: „On już nigdy nie zagra w City”.

Mogłem wtedy błysnąć i pokazać kolegom podczas omawiania spotkania, że wydarzyła się taka sytuacja, a przy tym widz otrzymał błyskawicznie informacje o takim skandalu. Studio trwało około piętnastu minut, potem skróty i wtedy specjalnie sprawdziłem, kiedy agencje prasowe o tym poinformowały. Okazało się, że Mancini jeszcze poszedł do szatni, wygłosił pewnie jakąś krótką przemowę, ochłonął i oficjalnie poinformował o wyskoku Teveza dopiero 45 minut później na konferencji prasowej. Więc zanim oni zrobili z tego newsa i puścili w świat, to nasze studio dawno by się już skończyło, a my dowiedzielibyśmy się o tym w domach. Twitter to najszybsza agencja informacyjna, o ile korzysta się ze sprawdzonych źródeł. Przynajmniej jedna osoba w programie powinna mieć ze sobą tablet. To się przydaje. Za wiele ważnych, nieomówionych rzeczy może umknąć.

W jakichś sytuacjach zakazujesz sobie zerkanie w ekran telefonu?

– Spotkania branżowe, konferencje, narady i jazda samochodem. Czasami obserwuję ludzi, którzy stoją w korku i patrzą się w telefon. Nie mógłbym funkcjonować w ten sposób. Można stwarzać zagrożenia na drodze.

Przy całym zaangażowaniu w dziennikarstwo i koncern medialny, w którym pracujesz, potrafisz wrócić do domu i zostawić to wszystko za sobą?

– Niestety dla mojej rodziny, nie. Wracam do mieszkania, a wieczorem zazwyczaj jest jeszcze jakiś mecz, więc siądę i nie odpuszczę sobie przyjemności obejrzenia go w telewizji. Twitter też nie idzie w odstawkę, bo cały czas jest pod ręką w oczekiwaniu na jakąś ciekawą sytuacją, na którą można zareagować. Wiem, że być może wracając do domu powinienem się odłączać, wkładać telefon do sejfu, który otworzę dopiero następnego dnia przed wyjściem do pracy. Ale nie umiem. Bywa więc, że niby jestem w domu, ale jakby mnie nie było. Inna sprawa, że dokucza mi coś, co zostało sklasyfikowane jako mailjoza. Przychodzi do mnie mnóstwo maili. Setki, tysiące, setki tysięcy. Wszystko czytam, niezależnie od pory, bo rano miałbym jeszcze większy koszmar. Praca dziennikarza nie ma ram czasowych. To nie jest 8-16, ani 10-18. Wszystko kłębi się w głowie przez cały czas, nawet na wakacjach nie umiem się wyłączyć. Z wyjątkiem nart, bo wtedy szusuję niezmordowanie od rana do wieczora, a wiadomo, że na wyciągu nie będę przeglądał Twittera, bo bałbym się, że mi telefon wypadnie z ręki.

Zniknięcie na dzień, dwa czy tydzień, jest bardzo trudne do nadrobienia. Nie zna się sekwencji zdarzeń, nie kojarzy się pewnych faktów i oczywistości, zostaje się tyle. Trzeba cały czas być online, aktywnym, trzymać rękę na pulsie. To obsesja w ciągłym oczekiwaniu na breaking news.

Napisałeś kiedyś głupiego, nieprzemyślanego tweeta, bo mam wrażenie, że raczej unikasz impulsywnych reakcji?

– Miarkuję się i unikam reakcji pod wpływem chwili. Ale głupie tweety oczywiście że się zdarzają. Nigdy nie kasuję tweetów, chyba, że popełnię głupią literówkę, ale wtedy zawsze przepisują tę samą treść z poprawionym błędem i wrzucam jeszcze raz. To akurat częste, bo jestem dyslektykiem. Ostatnio siedziałem na Gali Ekstraklasy, było ciemno, wrzucałem fotki zwycięzców na Twittera i mignęło mi, że Jagiellonia ogłosiła transfer nowego piłkarza. Zobaczyłem nazwisko: „Guilhereme”. Pomyślałem, że to będzie już trzeci w Ekstraklasie. Nie spostrzegłem, że to ten z Termaliki. No i zaczęła się jazda, ludzie zaczęli mi wypominać błąd, jedni z sympatią, inni wręcz przeciwnie. No trudno, popełniłem błąd, zdarza się, przecież nie będę kasował, zaprzeczał, zakłamywał faktów. Kto nie ma wpadek?

Mógłbyś w ogóle pisać jak Krzysztof Stanowski, który wdaje się w wielowątkowe spory, często na tematy pozasportowe?

– Tematów politycznych unikam jak ognia. Po pierwsze pełniąc oficjalną funkcję w wielkim koncernie medialnym, nie mogę sobie pozwolić, żeby jakaś moja kontrowersyjna wypowiedź zaszkodziła redakcji. Nikt mi niczego nie zabrania, nie mamy regulaminu korzystania z social mediów, jak w niektórych firmach. Uważam po prostu, że ludzie followują mnie dla sportu. Moich opinii i dla tych linków, których tyle wrzucam. Nota bene sam sobie narzuciłem rolę „agencji informacyjnej” – wrzucam najciekawsze teksty i wideo dziennikarzy z naszych serwisów. Robię to po pierwsze w ramach promocji, ale warto, bo traffic na nasze serwisy z social mediów jest naprawdę spory. Poza tym trzymam się sportu, bo to już chyba ostatnia dziedzina życia, która jeszcze nas, Polaków łączy. Wystarczająco w sieci na co dzień gównoburzy politycznych, żebym jeszcze ja miał do nich dołączać.

Czyli wychodzisz z założenia, że jesteś bardziej centrum informacyjnym niż konkretną osobą o zbiorze poglądów na różne tematy.

– Twitter to nie jest SMS, gdzie piszesz do swoich znajomych o różnych rzeczach i możesz w konkretny sposób spersonalizować swój przekaz. Choć niektórzy jak widzę wciąż tego nie pojmują. Tutaj pisze się dla szerszej społeczności, więc nie mogę z taką łatwością pisać o wszystkim i ujawniać moich stanowisk na wydarzenia ze świata polityki. Inna sprawa, że bardzo lubię emocjonalne, impulsywne wpisy Krzyśka Stanowskiego, nawet jeśli nie ze wszystkimi się zgadzam. Jest w nich żar, ale ja nie mam takiego temperamentu. Pasja tli się we mnie tylko do sportu.

Twój profil ma ponad 440 tysięcy obserwujących i okazało się, że można na tym skorzystać finansowo i podróżniczo…

– Liczba moich obserwujących wynika po części z tego, że założyłem Twittera bardzo wcześnie, choć np. Mati Borek, Tomasz Lis czy Jarosław Kuźniar założyli swoje konta grubo po mnie, a dawno mnie przeskoczyli. Z pewnością pomogło to, że występowałem w telewizji, ale też prowadziłem różne ciekawe inicjatywy na blogu, konkursy, a potem, mając już spory kapitał, zostałem redaktorem naczelnym „Przeglądu Sportowego”. Stałem się influencerem. Różnie to pojęcie można tłumaczyć na polski. Osobiście podoba mi się lider opinii. Ludzie mu ufają, liczą się z jego zdaniem, wchodzą w linki, które zamieszcza i uczestniczą w jego projektach czy konkursach. I tak się stało w moim wypadku.

(Instagram: @polsport)

Z czasem zacząłem dostawać od różnych firm propozycje współpracy. Zobaczyli, że mogą prowadzić działania marketingowe za pomocą influencerów i docierać do rzeszy osób, do których nie da trafić się w tradycyjny sposób, bo one nie czytają gazet i rzadko oglądają telewizję itd. Samo przeglądanie mediów społecznościowych wystarcza im do życia. U mnie zaczęło się to tak, że na blogu organizowałem konkursy dla czytelników. Niesamowicie imponowała mi pasja ludzi, piszących w komentarzach. Tam wybuchały długie, tasiemcowe wręcz dyskusje na temat futbolu. Zupełnie spontaniczne zacząłem robić turnieje literackie. Zadawałem pytanie i ludzie zaczynali bawić się w pisanie. Zwycięzców zawsze nagradzałem. Finał takiej rywalizacji udało mi się zorganizować w studiu sport.pl w Warszawie, gdzie przyjechało trzech laureatów, a z tego jeden był tak dobrym autorem, że zaproponowaliśmy mu staż w redakcji sport.pl, gdzie wtedy pisałem. Z czasem odszedł, zmienił pracę, ale ta historia pokazuje, jak ciekawych i wartościowych ludzi można poznać w internetowych komentarzach.

To był 2009 rok. Zaczęli zgłaszać się do mnie reklamodawcy, bo trafiałem do społeczności, która ich interesowała. Wiadomo było, jacy to są ludzie, jakie mają zainteresowania i gdzie się udzielają. Idealny target. Przed Mistrzostwami Świata w RPA zorganizowałem konkurs na trzydziestosekundowy filmik, w którym uczestnik opisywałby fikcyjny finał. Wygrał autor, który bardzo zabawnie opisał, że o puchar walczą dwie Koree. Kapitalne. Przyszła firma, która współpracowała z redakcją, w której wówczas pracowałem, ale jej przedstawiciele powiedzieli: „Ten konkurs chcemy sponsorować na blogu pana Michała Pola, a jako nagrodę gwarantujemy wyjazd na mecz Mundialu”. Tylko jeden mecz, ale jaka przygoda. RPA, Argentyna-Korea Południowa. 4:1. Wspaniała nagroda.

Robię podobne konkursy do teraz. Mam nieformalną umowę z Adidasem. Przysyłają mi pakę koszulek, z której robię akcję #Koszulkazatweeta. Wrzucam na Twittera zdjęcie t-shirtu i proszę o wyniki meczu lub jakimkolwiek innym zadaniem. Wpisy idą w tysiące, ledwo mogę nad tym zapanować i wybrać zwycięzców. I robię to na pełnym spontanie, nic z tego nie mam. Poza satysfakcją, że jakiś pasjonat futbolu dostał piękny prezent. W centrali Adidasa zauważyli, że moja aktywność pomogła im wybić się w Polsce na rynku mediów społecznościowych, a w konsekwencji kolejne wielkie koncerny zaproponowały mi współpracę. Wraz z oficjalnym sponsorem Ligi Mistrzów, Heinekenem robię już od paru lat #Heinekenzatweeta czyli konkurs w którym rozdaję 5-litrowe kegi piwa. Przyjemnie przy nich później obejrzeć mecz.

W czasie Euro 2016 musiałem odrzucać propozycje współpracy, bo było ich za dużo. Nie mogłem przecież tweetować tylko konkursów, czasem chciałbym jednak napisać coś od siebie. Zdecydowałem się tylko na trzech partnerów, odmawiając dwóm bardzo dużym firmom, które proponowały świetne warunki finansowe. Od razu zaznaczam, że nie tylko nie widzę nic złego w takich umowach partnerskich, co więcej wiele z nich idzie w połączeniu z całą sporą kampanią w naszych mediach, a zaangażowanie influenserów jest tego elementem.

Byłeś też na promocji jakiejś marki, gdzie można było zrobić wywiad z Fabregasem i Diego Costę po oddaniu strzału między ich nogami z określonej odległości…

– To była akurat Puma i nie Costa, tylko Falcao, ale poza tym wszystko się zgadza. Zorganizowano event, gdzie sprawdzano umiejętności techniczne. Był na przykład strzał do celu, gdzie celowało się do butelek z farbą, które wisiały na tle białej ściany i w konsekwencji powstawały jakieś tam obrazy. Potem rzeczywiście cała grupa dziennikarza stanęła przez chłopakami, stojącymi w rozkroku dziesięć metrów dalej, a kto trafił, mógł zadać im pytanie, ale to w formie dowcipu, bo potem normalnie stanęliśmy i robiliśmy wywiady. Był tam też Lothar Matthaeus, który przyglądał się wszystkiemu z boku, nie biorąc udziału w całej zabawie i czekając na potencjalnych chętnych do rozmowy. Ten wyjazd był czysto służbowy i nie miał związku z byciem influencerem, ale takie podróże też się zdarzały. Choć coraz rzadziej. Coraz częściej za to spotykam na nich vlogerów, youtuberów i ludzi nowych mediów, którzy nigdy nie pracowali w tradycyjnych.

Taki przykład: Zadzwonili kiedyś do mnie z linii Emirates.

– Czy chciałby pan zrobić wywiad z Cristiano Ronaldo? Jeden na jeden.

– Oczywiście! Dajemy okładkę „Przeglądu Sportowego”, rozkładówkę, a jeśli wideo, to Onet i strona internetowa naszej gazety. Nie ma problemu, dużo osób to zobaczy.

– Proszę pana, to nas zupełnie nie interesuje, co pan z tym wywiadem później zrobi. Najważniejsze jest to, żeby pan o godzinie 12 wyznaczonego dnia, kiedy ogłosimy, że Ronaldo został ambasadorem Emirates, wrzucił na Twittera link do naszej reklamy z nim i Pele.

W tym spocie Portugalczyk występował z Pele. Zabrali mnie do Madrytu, poszliśmy na mecz Realu, a potem w ośrodku Valdebedas miała miejsce uroczystość, w czasie, której ogłoszono, że Cristiano zostaje ambasadorem firmy na Mundial. Okazało się, że oprócz mnie, jest jeszcze kilka osób. Był słynny Youtuber z Francji, bloger z Portugalii, piłkarski mistrz Instagrama z Hiszpanii, a z Irlandii przyjechał gość, który robi podcast i też ma mnóstwo odbiorców. Ja reprezentowałem Twittera. Chodziło o to, żebyśmy docierali z promocją do naszych followersów. Zostałem tam zaproszony nie jako redaktor naczelny największej sportowej gazety w Polsce, a jako Michał Pol, facet, mający olbrzymią ilość obserwujących na Twitterze. I tak zmienia się dziennikarstwo. Redakcje dostają coraz mniej zaproszeń, a ludzie mediów społecznościowych coraz więcej. W Polsce Dominik Szarek robi świetne filmy na Youtubie. Byliśmy razem we Francji na meczu Ligi Mistrzów z udziałem PSG. Inny przykład to Dissblaster, też działający na YT, który wmyślił sobie format, stworzył społeczność, a ludzie lubią go słuchać. To nie muszą być dziennikarze, czasem nawet ich siłą jest to, że nimi nie są. Przede wszystkim przemawiają do ludzi z social mediów ich językiem, rozumieją ich potrzeby i fascynacje. I w zamian otrzymują możliwość pokazywania kulis wielkiej piłki. My dziennikarze musimy się naprawdę postarać, żeby z nimi rywalizować.

Przemysław Rudzki napisał nawet o tym kiedyś tekst.

– Był na spotkaniu z Oliverem Giroud organizowanym przez Pumę. Jako jedyny obecny miał przygotowane do Francuza poważne pytania, a inni? „Powiedz, ile czasu zajmuje ci nałożenie pasty do zębów na szczoteczkę?”, „Stań tu i zrób scorpion kick, bo teraz nagrywamy”. Tego typu zadania i pytania. Tego oczekują od nich odbiorcy. Miliony odsłon! Mainstreamowi dziennikarze mają coraz bardziej pod górkę, bo nowe media zmieniają oczekiwania potencjalnych czytelników.

Tradycyjne media powinny równać do nowych trendów czy trwać przy tym, co zostało ukształtowane przez lata?

– Trzeba gonić za nowymi modami i technologami, nie wolno zostawiać w tyle, ale w pogoni za nowoczesnymi userami nie należy powielać trendów niskich lotów. Na portalu może być wszystko, w gazecie pewnych rzeczy się nie napisze. Internet daje miejsce do interpretowania sportu w luźniejszy, bardziej prześmiewczy sposób, papier już nie. Są pewne norm i ramy. Z drugiej strony, nie można powiedzieć, że w sieci nie przebije się żaden merytoryczny materiał. Jakościowe dziennikarstwo premium też jest na szczęście w cenie. Koronnym przykładem są kapitalne sportowe reportaże Łukasza Olkowicza w „Przeglądzie” czy wywiady z cyklu „Chwila Z” Izy Koprowiak. Ponadto prowadzę przecież program „Misja Futbol” w Onecie, gdzie gada ze sobą czterech facetów, w tym trzech najpopularniejszych, najbardziej opiniotwórczych komentatorów telewizyjnych, Tomek Smokowski, Dariusz Szpakowski i Mateusz Borek. Nie ma tam żadnych skrótów, bramek, wywiadów, cały czas rozmowa, a jest to program z najwyższą średnią oglądalnością w Onecie. Ba, to mało powiedziane, bo ta czterdziestominutowa audycja może pochwalić się najdłuższym czasem oglądania przez widzów na największym portalu w Internecie, co przy teorii, że internauta nie wytrzymuje przy wideo dłużej niż pięć minut, wygląda śmiesznie. Trzeba być innowacyjnym, otwartym, ale zachowywać przy tym wysoką jakość.

Jesteś wrogiem clickbaitów?

– Kategorycznie zakazuję tytułów, które mogą zmylić czytelnika i wymusić klika! Na stronie „Przeglądu Sportowego”, ani na Onecie nie da się ich znaleźć. Kiedyś tam były, ale to stare dzieje. Te tytuły pod hasłem „Wielki klub zainteresowany reprezentantem Polski” są naprawdę irytujące. Zawsze uważałem, że serwis największej gazety sportowej w kraju ma być poważnym i opiniotwórczym portalem informacyjnym. I jest. Wierzymy, że czytelnik doceni newsa. Nie będę wytykał palcem konkurencji, ale tytuły w stylu: „Już raz wygrał Ligę Mistrzów, teraz chce wygrać drugi raz z Grosickim!” to naprawdę żenada. Niestety skuteczna, sam dałem się podpuścić, żeby przeczytać, że chodzi Rafę Beniteza i Newcastle. Ale błagam kolegów w imię dobra dziennikarstwa sportowego, nie idźmy tą drogą! Wychowajmy sobie wspólnie wymagającego czytelnika.

Brutalnie zmieniam temat. Bolało cię, kiedy słyszałeś, że jesteście z Przemysławem Rudzkim i Tomaszem Włodarczykiem grabarzami „Przeglądu Sportowego”?

– Nie słyszałem takich głosów, więc nie bolało mnie to specjalnie. Dlaczego ktoś miałby tak twierdzić? Patrząc na zaangażowanie i kreatywność kolegów wiem, że jest dokładnie odwrotnie. W tych trudnych dla papieru czasach, a zwłaszcza dla dzienników, nasz nakład spada najmniej w stosunku do rynku. W dodatku potrafimy różnymi akcjami i działaniami wciąż nieźle zarabiać na tym biznesie, co pozwala nam wciąż utrzymywać newsroom, pełen tylu świetnych dziennikarzy.

(Instagram: @polsport)

Oczywiście wpadki nam się zdarzają. Pamiętasz, okładkę z Grosickim w Burnley? Wszystko było już ustalone, ale temat upadł na dwadzieścia minut potem, jak okładka poszła do drukarni. Pech, który stał się dla nas ostateczną nauczką, że gazeta nie może się ścigać z Internetem. To nie ma sensu, bo też rzeczywistość jest taka, że każdy news, który wrzucimy do gazety, następnego dnia, już o 6:05 będzie na wszystkich portalach internetowych.

Spotkałeś się ze stwierdzeniem Pol Travel?

– Nie.

Niektórzy uważają, że zrobiłeś sobie z „Przeglądu Sportowego” prywatne biuro podróży.

– Bardzo niesprawiedliwe. Po pierwsze rzadko jeżdżę i jeśli już to zwykle na oficjalne zaproszenia od firm lub sponsorów. Bywa, że za własne pieniądze, nie w delegację, jak na mecz Polaków z Gruzją w Tbilisi w eliminacjach do Euro 2016, spotkanie Borussii z Monaco w Dortmundzie czy finał Ligi Mistrzów w Cardiff. W Rio na Igrzyskach Paraolimpijskich pełniłem oficjalną rolę, attaché prasowego reprezentacji Polski, więc nie miało to żadnego związku z redakcyjnym wyjazdem. Generalnie uważam, że szef nie powinien zabierać swoim dziennikarzom wyjazdów. Przez lata mojej pracy w „Gazecie Wyborczej”, szef działu sportowego, Andrzej Olejniczak, nie pojechał nigdzie. Ani razu. Zawsze był na miejscu. Za to dla mnie możliwość jeżdżenia po świecie zawsze była rekompensatą dla niekoniecznie zadowalających zarobków. Dla dziennikarza to zawsze taki bonus za codzienną harówkę. Byłem na pięciu Mundialach, sześciu Igrzyskach – perspektywa wyjazdu podtrzymywała mnie na duchu. Byłem na pięciu mistrzostwach Europy w piłce nożnej. Na pierwszych – Euro ’96, już rok po zostaniu dziennikarzem. Pierwszy raz nie pojechałem na Euro jak zostałem naczelnym „Przeglądu”, choć pewnie przydałbym się na miejscu. Prowadziłem codziennie studio z Warszawy, w którym łączyliśmy się z korespondentami z Francji. W tych eliminacjach nigdzie nie byłem, ale wybieram się turystycznie do Armenii, kiedy będą tam grali Polacy. Więc PolTravel owszem istniało, ale do momentu, gdy zostałem szefem.

Zostałeś wybrany do grona 100 najbardziej wpływowych ludzi sportu według „Forbesa”. Czy to dlatego, że jesteś ojcem dziennikarzy multimedialnych w Polsce?

– Nie czuję się ojcem dziennikarzy multimedialnych. Po prostu miałem farta, że dane mi się było stać kimś takim w miarę wcześnie, wpisać się w trend, który dziś jest koniecznością. Ale przecież nie ja jedyny. Znam wielu dobrych dziennikarzy znajdujących się w wielu formach redaktorskich. Potrafią pisać, montować i mówić. Dobrze rozumieją social media. To jest nowoczesność w tym zawodzie.

Nie lubię klasyfikacji „100 najbardziej coś tam” i głupio się czułem ze swoją nominacja przez „Forbesa”. Nie da się zrobić naprawdę rzetelnej listy osób wpływowych. Zawsze kogoś będzie brakować. Bardzo za to sobie cenię nagrodę Grand Press Digital w 2013, bo tam rzeczywiście oceniano przemianę z dziennikarza papierowego w digitalnego. I to mi się udało.

Zdjęcie użyte w nagłówku: www.ringieraxelspringer.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi