Łukasz Moneta: W Ruchu trzeba mieć dupę ze stali

W jaką postać wcielał się za czasów dzieciństwa? W czym chciałby dorównać Kamilowi Grosickiemu? Dlaczego wygrał rywalizację o miejsce w składzie na Mistrzostwa Europy U-21 z Kamilem Mazkiem i Arkadiuszem Recą? Z kim mieszka w pokoju w Arłamowie? O czym rozmawia z Patrykiem Lipskim? Czy widzi swoją przyszłość w Ruchu? Jaki jest cel reprezentacji Polski na Euro? O tym wszystkim opowiada nam w dłuższej rozmowie piłkarz Ruchu Chorzów i reprezentant Polski U-21, Łukasz Moneta.

Kamil Grosicki czy Luis Figo?

Zawsze moim idolem był Luis Figo, pozostawał sentyment z dzieciństwa. Uwielbiałem go. W okresie, kiedy dorastałem był wielki szał na galaktyczny Real. Tam byli Zidane, Roberto Carlos, Raul… Oni tworzyli fenomenalną drużynę, która wygrywała wszystko, a mi niesamowicie imponował Portugalczyk. Jak grałem z kolegami, to zawsze było tylko: „Ja jestem Figo”. Podszywałem się pod niego przy każdej okazji. Tak od jego nazwiska powstała ksywka, której używają wszyscy moi koledzy z tamtych lat.

Z czasem zaczęły pojawiać się inne wzory?

Jak gra pierwsza reprezentacja Polski, to większość uwagi skupiam na grze Kamila Grosickiego. Moja pozycja i podobne – zachowując proporcje – predyspozycje. Nic tylko przyglądać się i wyciągać wnioski z obserwacji. Zresztą, nie miałbym nic przeciwko, żeby na Mistrzostwach Europy U-21 zaprezentować podobną formę do tej jego z Euro 2016 we Francji. To by oznaczało, że jest dobrze.

Denerwuje cię, kiedy sztab szkoleniowy cofa cię ze skrzydła na bok obrony?

Pojawia się frustracja, nie lubię dowiadywać się o tym, że jestem przesuwany w tył, ale nauczyłem się zamieniać to w sportową złość. Jeśli to ma pomóc drużynie, a trener bardziej potrzebuje mnie na obronie, to robię wszystko, żeby go nie zawieść. Przy tym nie ukrywam jednak, że najlepiej czuję się na skrzydle i tam jestem w stanie najwięcej zdziałać.

Fakt, że możesz grać na kilku pozycjach był jednym z najważniejszych argumentów, dla których otrzymałeś powołanie, o które wygrałeś rywalizację z nie tak uniwersalnymi Kamilem Mazkiem i Arkadiuszem Recą?

Marcin Dorna na pewno ceni sobie uniwersalność, a ja mogę występować na dwóch-trzech pozycjach i nigdzie nie obniżam poziomu. Czy tylko dzięki temu wygrałem rywalizację z Kamilem i Arkiem? Możliwe, ale o to trzeba by zapytać sztab szkoleniowy.

Spodziewałeś się powołania czy do końca był stres?

Długo nikt nie mógł być pewnym, bo konkurencja była bardzo silna. Po ogłoszeniu powołań z zagranicy, pojawiła się pewna obawa, czy aby na pewno znajdzie się miejsce dla mnie w tej drużynie. Trener Dorna rozwiązał to w fajny sposób, który zapewnił nam komfort psychiczny. Dwa dni przed oficjalnymi ogłoszeniami w mediach zadzwonił do wszystkich i indywidualnie przekazał informacje o powołaniu. Zastrzegł tylko, żeby nikomu przedwcześnie o tym nie mówić. To dopiero było trudne! Duma rozpierała, człowiek chciał się pochwalić, a musiał milczeć.

Przejdźmy do Ruchu. Końcówka sezonu była wyjątkowo nerwowa?

Gorący okres. Graliśmy o utrzymanie, a do tego co chwilę pojawiała się jakaś nowa informacja o stanie klubu. Do tego zawsze była to zła wiadomość. I na boisku, i poza nim wszystko się sypało. Humory były fatalne. Musimy wziąć ten spadek na klatę. Mieliśmy młody skład, nie byliśmy doświadczeni w walce o „życie”, atmosfera wokół klubu gęstniała – nie było łatwo.

Pierwszy sezon w Ekstraklasie i od razu spadek. To pewne naznaczenie na CV.

Na pewno. To nie jest przyjemna sytuacja. Tyle się działo w minionym sezonie, że trzeba byłoby mieć „dupę ze stali”, żeby to przetrwać bez żadnego uszczerbku na psychice. Staraliśmy się, jak mogliśmy, ale niestety spadek był nieunikniony.

Zarzucono wam brak zaangażowania w kluczowym okresie walki o utrzymanie. 0:6 ze Śląskiem i 0:3 z Piastem.

Spotkałem się z takimi zarzutami, ale nie mogę się z nimi zgodzić. Każdy z nas próbował walczyć. Ze Śląskiem podłamała nas bramka zaraz po przerwie na 0:2, a potem już się potoczyło. Zagraliśmy fatalnie. Z Piastem było inaczej. Długo było 0:0, a potem dostaliśmy bramkę z niczego i cały plan się posypał. Z grą w grupie spadkowej wiąże się olbrzymia presja, to nam ciążyło. Do tego zabrakło nam doświadczenia w walce o utrzymanie, ale to nauka na przyszłość i z tego też można wyciągnąć wnioski. Inna sprawa, że teraz nawet nie wiemy, czy w ogóle zagramy w I lidze, do której spadliśmy, bo tyle jest zawirowań wokół Ruchu, że można się pogubić w przeróżnych sprzecznych komunikatach.

Mieszkasz w Arłamowie w jednym pokoju z Patrykiem Lipskim?

Nie, akurat z Mariuszem Stępińskim.

Ale na pewno masz okazję z porozmawiać na zgrupowaniu, a wiadomo, że regularnie przekonuje swoich byłych kolegów z Ruchu, by ci poszli w jego ślady i rozwiązali kontrakt lub po prostu zmienili pracodawcę.

Jesteśmy dorosłymi ludźmi i każdy sam decyduje o swoich wyborach. Znam od środka sytuację, w które Patryk podejmował decyzję o odejściu. On chciał z nami zostać, dogadać się z zarządem, ale nie udało mu się dojść do porozumienia. Ucierpiały na tym obie strony. „Lipa” został bez klubu i nie grał, a nam brakowało jego wsparcia podczas walki w grupie spadkowej, gdzie każdy zawodnik, nie mówiąc już nawet o kimś grającym na jego poziomie, był nam potrzebny. Śląsk, Piast i Cracovia – te mecze zdecydowały o naszej degradacji, a odbywały się one co trzy dni, więc naprawdę potrzebowaliśmy większej ilości piłkarzy do rotacji. Szkoda, że tak wyszło. Mimo to szanuję jego wybór.

Dopuszczasz możliwość gry w I lidze, bo już nawet nie wspomnę o niższych poziomach rozgrywkowych?

Mam jeszcze półtoraroczny kontrakt z Ruchem, więc dopuszczam taką myśl, ale inna sprawa, czy bym chciał tam grać. Jestem jeszcze młody, rozegrałem dopiero pierwszy pełny sezon w Ekstraklasie, nie pokazałem jeszcze wszystkiego, mam duże rezerwy i nie ukrywam, że chciałbym na sezon 2017/18 znaleźć klub w elicie. Z gry w I lidze nie byłbym szczególnie zadowolony, ale potraktowałbym to jako wyzwanie i okazję do udowodnienia mojej wartości. Zresztą znam klimat tych rozgrywek, bo wcześniej występowałem tam w Wigrach Suwałki, choć, bądźmy szczerzy i nie owijajmy w bawełnę, wolałbym uniknąć ponownego powrotu na zaplecze Ekstraklasy.

Trzy gole, pięć asyst, osiem punktów w klasyfikacji kanadyjskiej. Całkiem przyzwoity bilans jak na pierwszy poważny rok w Ekstraklasie.

Całkiem, całkiem. Indywidualnie tego sezonu całkowicie nie mogę spisać na straty. Potwierdzeniem tego, iż moja forma nie była zła jest to, że cały czas znajdowałem się w kręgu zainteresowań trenera Dorny. Poniżej pewnego poziomu nie schodziłem. Doczekałem się pierwszego trafienia w lidze, do tego miałem dobrą końcówkę sezonu, gdzie dodatkowo podreperowałem statystyki, a całość przypadła na okres przed samymi powołaniami na Mistrzostwa Europy U-21.

Stres, który towarzyszył ci w Ruchu w trakcie całej rundy wiosennej może pomóc w wytrzymaniu presji przed Euro w Polsce?

To inny typ presji. Teraz oczekiwania pozytywnie nas nakręcają. Gramy u siebie, powoli odczuwamy atmosferę turnieju, wszyscy mamy jeden wspólny cel. Dzięki temu możemy osiągnąć sukces.

Obrazki z Arłamowa, gdzie rok temu przygotowywała się pierwsza reprezentacja pokazywały olbrzymie zainteresowanie kibiców. Szał. A teraz jak to wygląda? Można to porównać?

Pierwsza kadra cieszy się nieporównywalnie większym zainteresowaniem, ale nasze Euro też budzi emocje. Mieliśmy jeden dzień otwarty, gdzie był wolny wstęp na nasz trening. Można było przyjść, pooglądać, podejść, zrobić sobie zdjęcia. Przybyło bardzo dużo ludzi. Do tego po treningu zostało mnóstwo dzieciaków, które chciały wziąć od nas autograf. Ochrona też nie stoi bezczynnie, bo pod hotelem czeka wielu chętnych na spotkanie z nami kibiców.

Ośrodek odpowiada?

Idealny. Naprawdę. Pierwszy raz byłem tutaj z rezerwami Legii z trenerem Magierą w zimie, drugi raz, gdy przygotowywaliśmy się z reprezentacją do meczu z Węgrami, a teraz jestem po raz trzeci. Za każdym razem ośrodek robi na mnie świetne wrażenie. Piękne usytuowanie, klimat, atmosfera.  Do tego rok temu powstało boisko, które należy do najlepszych w całej Polsce. Tu jest wszystko. Pozostaje tylko pracować, by móc osiągnąć dobry rezultat w turnieju.

Jaki będzie dobry rezultat?

Walczymy o najwyższe cele. Fajnie powiedział ostatnio Radek Murawski, że jesteśmy gospodarzami i to rywale powinni się nas bać, a nie my rywali. Na każdym meczu będzie pełny stadion – to będzie nas napędzać. Możemy dojść nawet do finału i tam wygrać. Nie można jednak ustawić sobie wyniku przed meczem. Tak to nie działa. Wychodzimy na boisko pierwszy raz w meczu otwarcia w Lublinie i zapieprzamy od początku aż do ostatniego gwizdka naszego ostatniego starcia w całym turnieju. Taki jest plan.

Rywali grupowych macie dość mocnych.

Tu nie ma słabych zespołów. Drużyny na Euro U-21 zostały tak wyselekcjonowane, że poziom wszystkich jest naprawdę wysoki. W każdym spotkaniu trzeba będzie bić się o swoje. Ktoś mówił, że na otwarcie mamy najsłabszego rywala, a na zakończenie grupy najsilniejszego, Anglię. A przecież gramy jeszcze ze Szwecją, która broni tytułu. Nie będzie łatwo. Każdy gra o przyszłość.

Ma dla ciebie znaczenie, czy będziesz grał w pierwszym składzie, czy wchodził z ławki?

Jakby dwa lata temu ktoś powiedział mi, że pojadę na Mistrzostwa Europy U-21, to bym wyśmiał go prosto w twarz. Taka jest prawda. Dla mnie samo powołanie to olbrzymie wyróżnienie. Pierwszy raz do kadry trafiłem, będąc jeszcze w Wigrach i zaprezentowałem się chyba na tyle dobrze, że potem, już w Ruchu, regularnie otrzymywałem powołania na zgrupowania U-21. Duma mnie rozpiera, kiedy patrzę na pracę, którą wykonałem, żeby znaleźć się w tutaj. Jeśli trener będzie mnie widział na lewej obronie, zagram tam bez utyskiwania. Jeśli znajdę się na ławce i dostanę okazję wejścia na boisko, zrobię wszystko, żeby moja zmiana odmieniła losy spotkania. Dla mnie to nieważne. Byle wygrywać kolejne mecze i osiągnąć sukces.

Rozmawiał: Jan Mazurek

Zdjęcie: Krzysztof Pulak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi