Media Sunday – Adam Dawidziuk

Czy był zakamuflowanym agentem Legii? Dlaczego dla pochwalenia go Paweł Zarzeczny odszedł od swojego stylu? Skąd otrzymywał newsy o transferach Legii i czemu akurat od Macieja Gostomskiego? Jak to możliwe, że jego informacja i zez pewnego zawodnika zmienił plany transferowe klubu z Łazienkowskiej?Co zrobiłby ze mną Stanisław Czerczesow? Na te i na inne równie ciekawe pytania odpowiada w trzecim odcinku „Media Sunday”, były dziennikarz „Przeglądu Sportowego” i redaktor naczelny oficjalnej strony internetowej Legii Warszawa, Adam Dawidziuk. Zaparzajcie kawę, szukajcie wygodnej lokacji i jak co tydzień można przechodzić do lektury. 

10 stycznia 2017. Agent zdjął maskę. Prawda wyszła na jaw. O czym mowa?

O moim przejściu do Legii. Słyszałem, że takie wpisy były na Twitterze. Szczególnie po poznańskiej stronie. Takie prawo kibiców, część z nich jest zaślepiona, każdą negatywną uwagę traktują jak atak na klub. I dotyczy to wszystkich. Legii też.

Zawsze kibicowałeś Legii?

Jestem z Warszawy, od dziecka byłem przywiązany do tego klubu. Wejście w środowisko dziennikarskie jednak ma to do siebie, że skutecznie zabija duszę kibica. Poznajesz ludzi, organizację, wewnętrzne zwyczaje i klimaty. Od razu patrzysz na wszystko inaczej. Coś tracisz. To uczucie wyluzowania. A jako dziennikarz? Tego nie ma. Musisz napisać tekst, bacznie śledzić każde wydarzenie na boisku, wyciągać wnioski. To już nie to samo, nie ma miejsca na sentymenty. Coś zyskujesz, coś tracisz. Dusza kibica wędruje do pudełka i musi być odstawiona na półkę. Inaczej nie będziesz dobrym dziennikarzem. A mnie zawsze interesowało jedno: rzetelne pisanie o Legii.

W „Przeglądzie Sportowym” nie byłeś kibicem Legii, a teraz, pracując do klubu w dziale medialnym, jesteś nim ponownie czy już nie da się do tego wrócić?

Między innymi po to zmieniłem pracę. Żeby zobaczyć, czy da się w sobie odrodzić duszę kibica. Mam swoje lata, brakowało mi tej części siebie z czasów, jak człowiek golił się raz na tydzień. Zmiana miejsca pracy była rodzajem wewnętrznego ćwiczenia dla mnie. Kocham piłkę dzięki tacie, który kiedyś mnie nią zaraził, ale pewnie żaden z nas nie spodziewał się, że życie napisze taki scenariusz. A dziś powtarzam, że jestem szczęściarzem, bo moja pasja przerodziła się w wykonywany zawód. Wracając do dziennikarstwa. Każdy dziennikarz, który zdecydował pisać się o piłce, musiał się gdzieś w niej zakochać, komuś kibicować. Każdy gdzieś się urodził i gdzieś zaczął kibicować. Jeśli ktoś mówi, że jest inaczej, to jest hipokrytą.

Nie do końca. Można urodzić się w mieście, w którym nie ma takiej kultury kibicowskiej jak w Krakowie, Poznaniu czy Warszawie i wcale nie być kibicem jednego klubu.

Na pewno, ale to wszystko nie jest takie oczywiste. Jak ktoś urodzi się w Sochaczewie, to zależnie od tego, na jakim osiedlu się wychowa, ma do wyboru kibicowanie Legii albo Widzewowi. Wiele jest takich miejscowości. W latach 80. i 90. oglądało się wszystko, a wielkiego wyboru nie było. W telewizji puszczali tylko drugą połowę spotkań i to zazwyczaj tylko tych najlepszych, więc resztę wyników trzeba było sprawdzać w innych źródłach. Nie było Internetu, więc albo byłeś szczęśliwym posiadaczem Telegazety, albo po prostu musiałeś czekać na jutrzejsze wydanie „Przeglądu Sportowego” czy tygodniowe „Piłki Nożnej”. Alternatywą było jeszcze radio, które podawało bardzo szerokie spektrum informacji. Od walk zapaśników przez boks po piłkę nożną. Dążę do tego, żeby pokazać, że kiedyś bardziej liczyły się wydarzenia lokalne. Znało się wszystkich kolarzy Wyścigu Pokoju, polskich sportowców olimpijskich, a kibicowało się klubom z naszej ligi. Teraz dostęp do wiadomości jest powszechniejszy, więc rzesza fanów piłki nożne w z Polski przerzuciła się z ekstraklasy na światową piłkę. Jeżdżą na mecze Chelsea, Realu czy Juventusu. Dla nich nie liczy się Lechia, Legia czy Lech. I w żadnym razie tego nie potępiam, bo prostu pokazuje, jak zadziałała globalizacja. To mam na myśli. Opowiadam o zjawiskach, przy których ja dorastałem.

Udało ci się przywrócić tego ducha z dzieciństwa?

Potrzeba czasu. Nic tak szybko się nie dzieje. Pracuję ze świetnymi ludźmi, profesjonalistami, którzy wykonują fantastyczną pracę. Jestem otoczony grupą entuzjastów i pasjonatów. Ludzi, którzy kochają ten klub i nie wyobrażają sobie życia bez niego. Czasem świadomie, czasem nie, jestem dla nich takim trochę głosem rozsądku.

Rozumiesz dzisiejszą kulturę kibicowską? Teraz już nie możesz piętnować pewnych patologicznych zjawisk na stadionie, a wręcz musisz je usprawiedliwiać…

Kochany, taka kultura jest po stokroć lepsza od tej, z którą miałem styczność za moich czasów. Kiedy wyjeżdżałem z kolegami na mecz w latach 90., to całe szczęście, że byłem wtedy młodym człowiekiem, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mógłbym stamtąd nie wrócić albo wrócić, ale w naruszonym stanie. A dzisiaj? Miło, pięknie i przyjemnie. Całe rodziny na stadionie, kultura kibicowania się zmienia, jedyne, co zostało, to race, które są po prostu nieodłączonym elementem dopingu. Ludzie, którzy nie przeżyli ostatnich lat XX w., nie mogą powiedzieć, że na trybunach jest niebezpiecznie. Nie mieliby racji. Kiedyś siedziało się na kawałkach betonu czy połamanych drewnianych ławkach, które potem służyły jako narzędzie do pacyfikacji grup kibiców drużyn przeciwnych. A dziś? Funkcjonalne obiekty, wygodne siedzenia, nic nie brakuje do tego, żeby w spokoju obejrzeć mecz.

Wracając do pytania, to samo rozumienie kultury kibicowskiej nie ma żadnego związku z dziennikarstwem. Inna sprawa, że znając zwyczaje fanów, inaczej na to wszystko patrzysz. Może widziałem ich w trochę łagodniejszym świetle, choć wielokrotnie ostro ich skrytykowałem za zachowania, które nie przystoją, nawet na hermetycznym stadionie. I nikt nie chciał mnie za to zabić. Jeśli wykonujesz swoją robotę rzetelnie, to tak naprawdę nikomu nie podpadniesz, bo ludzie nie są kretynami i rozumieją, że mogą zrobić coś źle. Chyba tylko raz miałem jakaś nieprzyjemną sytuację z kibicami Legii. Jechaliśmy na jakiś mecz. W Mińsku mieliśmy przesiadkę z pociągu do pociągu. Zaczepił mnie kibic.

– Dawidziuk, straszne głupoty o nas piszesz w „Przeglądzie Sportowym”. Wstydź się.
– Co konkretnie o tobie napisałem?
– Nie no, bez przesady, nie konkretnie.
– Ale pokaż konkretnie, gdzie skłamałem albo w którym tekście cię obraziłem.

Nie miał argumentów. Nie łączyłbym tych dwóch światów. Są dwa typy dopingujących. Dla pierwszych najważniejsza jest oprawa, a dla drugich wydarzenia boiskowe. Obie grupy są tak samo potrzebne.

Jak zapatrujesz się na przypadek Radosława Nawrota czy Macieja Henszela, którym wejście w świat dziennikarstwa nie wypleniło sympatii kibicowskich?

Obaj są moimi kolegami, z Maćkiem wiele lat pracowałem, nikt w Poznaniu mnie tak nie ugościł, jak on i jego żona. Radek jest bardzo rozsądnym człowiekiem, zwiedził pół świata i nie ma problemów z krytycznym traktowaniem Lecha Poznań. Ktoś, kto urodził się w Poznaniu i wychował się na Lechu, zawsze będzie z nim sympatyzował, co nie znaczy, że jest zaślepionym baranem. Mówiłem wcześniej – często ludzie skrajnie podchodzą do tematu. Te skrajności nas kiedyś skrzywdzą. To widać od polityki po piłkę nożną. To, że mamy inne zdanie na jakiś temat od kogoś z Jagiellonii czy Wisły, nie znaczy, że ktoś z nas jest oszołomem. Co więcej – obaj możemy się mylić. Podkreślam: po prostu mamy inne opinie. Nie istnieją przecież prawdy objawione, z którymi wszyscy się muszą zgadzać. W środowisku, w którym wydaje się sądy, nie ma czegoś takiego jak obiektywizm. Ba, nie ma w ogóle czegoś takiego. On nie istnieje i chciałbym to podkreślić. Każde zdanie, które wypowiadamy, jest nasze, a więc subiektywne. A w człowieku zawsze zostaje pierwiastek kibica, czyli serce wygrywa z rozumem. W 2008 roku wszyscy chcieliśmy wieszać Howarda Webba za karygodny błąd w doliczonym czasie gry meczu z Austrią. I to jest złe? Nie, koszula bliższa ciału. To są emocje. Szybko zapomnieliśmy, że uznał nam gola z kilometrowego spalonego. Nie chodzi o to, żeby mówić wszystkim, że „czarne” jest „białe”. Takich jednowymiarowych pojęć w futbolu nie ma. To nie są sprawy życia i śmierci. Każdy ma własne zdanie, przekonanie, refleksje. Można się nie zgadzać, ale trzeba to zaakceptować.

Jakiś czas temu Lech poprosił lokalnych dziennikarzy, by ci nie pisali wcześniej o transferze, który miał być ogłoszony nazajutrz w ramach akcji dla kibiców. Wszyscy przystali. Czy to aby na pewno dobre dziennikarstwo?

Nie, ale świat w ogóle nie jest dobry i wszyscy robimy złe rzeczy. Tylko po prostu jak coś takiego się robi, to nie należy się chwalić. Taka jest rzeczywistość. Świat sportu czy polityki to są układy i układziki, w których należy umieć się poruszać. Ale niekoniecznie tym chwalić. W tym przypadku koledzy z Poznania popełnili błąd.

Jak często władze Legii prosiły cię, żebyś nie pisał o czymś przed oficjalnym ogłoszeniem?

To normalne, bo w interesie klubu teraz sam walczę, aby nie wychodziło za dużo. „Nie pisz tego” – to w dziennikarstwie bardzo częste sformułowanie. Pracując ponad dziesięć lat dla „Przeglądu Sportowego”, słyszałem je wielokrotnie. Ale te newsy to sól reporterskiej roboty. Kiedyś takie info można było trzymać tydzień. Dziś to prawie niemożliwe. Ale czasem się udaje, jak z przyjściem Kaspera Hamalainena. Kończyłem urlop, zostały trzy dni, podjąłem decyzję, że przytrzymam. Stresu było sporo, ale się udało. Boleję nad tym, że dziś, w Internecie, nie liczy się najrzetelniejszy news, a ten najszybszy. Smutna rzeczywistość. Kilka razy dostałem po dupie za takie przetrzymywanie, bo ktoś mnie ubiegł.

A sprawa złamanej ręki Kucharczyka na płycie boiska podczas celebrowania mistrzostwa Polski?

Tam był kocioł. Mnóstwo ludzi na boisku. Nagle zobaczyłem, że Michał Kucharczyk biegnie z zabandażowaną ręką, więc zacząłem szukać informacji o tym, co mu się stało. Złapałem pracownika klubu.

– Co mu jest?
– Wiesz, nieszczęśliwie złapał go jeden z kibiców podczas wspólnej celebracji…

Wiarygodny człowiek, trzydzieści minut do deadline’u, kwestia niewymagająca wielkiego potwierdzenia, bo niebędąca kluczem tekstu, to mogłem mu wierzyć. Puściłem, ale potem zweryfikowałem i okazało się, że… po prostu się przewrócił. W Internecie zmieniłem, ale gazeta poszła do drukarni i tego już nie cofniesz. Mój błąd.

Potem Paweł Zarzeczny wziął cię w obronę, co uznałeś za jeden z największych komplementów w swoim życiu.

Paweł prowadził program „One Man Show” i czytał pytania od kibiców, którzy robili sobie ze mnie jaja. A on nie wiedział o całej sprawie i na gorąco powiedział jakoś tak: „Ktoś go wypuścił, ale to jeden z ostatnich gości, który chce coś dla kibiców zrobić, czegoś konkretnego się dowiedzieć”. A wiadomo, że Paweł nie miał w zwyczaju kogokolwiek chwalić. Dlatego powiedziałem, że to jeden z największych komplementów, jakie usłyszałem w życiu. Dzień później minęliśmy się na Legii, bo Paweł przekazywał do Muzeum Legii ostatnią koszulkę Kazimierza Deyny i powiedział do mnie:

– Widziałeś? Broniłem cię!
– Tak. Do tej pory jestem w szoku!

Ba, jestem w szoku do teraz, że tak do tego podszedł. Szkoda, że już sobie nie porozmawiamy…

Co jego słowa oznaczały w praktyce?

Starałem się zdobyć jakiegoś newsa, ciekawostkę, zrobić dobrą rozmowę. Coś ekskluzywnego, innego niż cała reszta.

Jak wyglądał twój dzień przy Legii? Zaliczałeś te wszystkie treningi?

Jak to mówił Piotrek Włodarczyk po zakończeniu kariery – wstajesz rano, oglądasz Teleexpress, a reszta dnia jakoś zleci. Żartuję. Na początku chciałem być na każdym treningu, a i tak zostawało się przynajmniej godzinę dłużej. A z trenerem Janem Urbanem potrafiliśmy stać na deszczu i rozmawiać, nie tylko o piłce. Z czasem, z wiekiem, z obowiązkami, bywałem rzadziej. Mało kto pamięta, ale na początku pracy w PS przydzielono mi GKS Bełchatów. W tym sezonie, w którym ścigał się o mistrzostwo z Zagłębiem, a z rozmów z trenerem Lenczykiem wychodziło się spoconym. Czasem jeździłem też za reprezentacją Polski, trzeba było to wszystko pogodzić. W ostatnich latach została tylko Legia, ale wiadomo, że zawód dziennikarza staje się coraz trudniejszy. Po redukcji kadr właściwie we wszystkich redakcjach trzeba być wszechstronniejszym. Nie tylko piszesz, ale też planujesz, redagujesz, poprawiasz. To jest ciężka praca. Dziś trzeba być dwadzieścia cztery godziny na dobę aktywnym, naprawdę nie jest to łatwy kawałek chleba.

Skąd wychodzi najwięcej informacji na temat klubu? Od prezesów, pionu administracyjnego, sztabu szkoleniowego, piłkarzy czy kogoś zupełnie innego?

Kiedyś przyszedł do mnie Maciek Gostomski. Był wtedy młodym, obiecującym bramkarzem Legii. To był jeszcze stary stadion.

– Kto ci to wszystko mówi?
– Przecież wszystko wiem od ciebie.
– Jak to ode mnie? Przecież ja ci nic nie mówię!
– Przyjdziesz, pogadasz, potem przyjdzie ktoś następny i już wszystko wiem. Sorry.

Nigdy nie można polegać na jednym źródle. Trzeba ułożyć sobie stosunki tak, żeby każdą informację można było potwierdzić w dwóch, trzech miejscach.

Transfery to najbardziej gorący temat.

To zawsze był stres. Mało kto rozumie i ma świadomość, jak wygląda proces transferu piłkarza. Potencjalnych bomb są dziesiątki. A to się rozmyśli, a to dostanie lepszą ofertę, a to wstanie lewą nogą i zmieni zdanie. A dziennikarz musi ryzykować. Albo będzie bohaterem, albo wytrą nim podłogę i wychodzi na durnia.

Zawsze wspominam jeden przypadek, w którym opublikowanie przeze mnie wcześniej newsa o transferze… zmieniło plany transferowe Legii. Był taki zawodnik jak Bojan Nastić, grał w Vojvodinie i napisałem, że przylatuje do Warszawy. Ktoś na Twittera wrzucił jego zdjęcie. Okazało się, że ma zeza. Poszedł na niego olbrzymi hejt. Zrezygnowano z niego, bo bali się, żeby chłopaka nie spalić.

Kiedyś dyrektor Mirosław Trzeciak wprowadzał na stadion nowego obrońcę, który miał przejść testy medyczne. Kiedy mnie zobaczył, rzucił się w ucieczce wraz z zaskoczonym defensorem, byle bym tylko nie zobaczył, co się szykuje i wprowadził nowy potencjalny nabytek od drugiej strony stadionu. Ukrywany piłkarz potem nie przeszedł testów medycznych. Była też sprawa trenera Vladimira Weissa, który miał trenować Legię, ale nie dostał zgody federacji. Wiedziałem o tym wcześniej i pojechałem do Bratysławy, żeby zrobić materiał z jego ojcem. A tu temat upadł, a reportaż został. Taka robota.

Były takie momenty, że podpadłeś drużynie czy konkretnym osobom z klubu?

Nie raz i nie dwa. Nie powiem teraz kto, bo… znaleźliby się tacy, którzy dalej są w klubie, a ja tu teraz pracuję (śmiech). Byli tacy piłkarze, którzy mieli pretensje o złą notę, byli tacy, o których niesprawiedliwie coś napisałem, ale byli też tacy, którzy sobie coś dopowiadali, bo wydawało im się, że to sprawa prywatna między nami. Czasami dla jaj podpuszczasz jednego na drugiego i robi się z tego niezła awantura. Kiedyś Inaki Descarga, były kapitan Levante, który grał jeden sezon w Legii, chciał mi zrobić krzywdę. Zostawiłem o nim tekst w „Przeglądzie Sportowym” i pojechałem odpocząć. Następnego dnia udałem się na Legię. W międzyczasie wziąłem sobie gazetę. Patrzę, a tam mój tekst całkowicie przerobiony, zupełnie niezgadzający się z rzeczywistością. Wynikła kryzysowa sytuacja, bo Descarga szykował się, żeby spuścić mi niezły łomot, ale jakoś udało się ocalić życie. Piłkarze też czasami dzwonią po dziennikarzach, menedżerach czy kierownikach i opowiadają im o swoich żalach.

Najważniejsze, aby umieć się zdystansować i śmiać z siebie. Ledwie zacząłem pracę w Legii, spotkałem Kubę Rzeźniczaka na korytarzu.

– Teraz możesz już powiedzieć, kto najczęściej donosił – zaczepił mnie.
– A to nie wiesz? Ty – odpowiedziałem.

Obok stał Tomek Kiełbowicz i dodał: – Rzeźnik, ja przez niego nie zostałem piłkarzem sezonu, dwóch punktów mi zabrakło, tak mnie oceniał.

Obrażają się za niewygodną treść wywiadów czy tekstów?

Czasami tak. Chociażby sprawa tekstu Łukasza Olkowicza i Tomasza Włodarczyka o aferze alkoholowej w reprezentacji Polski. Duża grupa piłkarzy obraziła się na dziennikarzy, a powinno być zupełnie inaczej. Powinni szukać tego, który puścił farbę, a nie mieć pretensje do redaktorów, którzy to opisali i do tego zrobili to w dość subtelny sposób. Jakby wrócić do lat 80. i 90., to tam dopiero mogły występować spory między piłkarzami a dziennikarzami. Nie było dyktafonów, autoryzacji, wszystko było spisywane na ucho. Redaktor mógł zmyślać, piłkarz nie mógł nic udowodnić. I najfajniejsze były te wywiady, w których połowę dopisał prowadzący.

Jakiś czas temu pisałem „Księgę Stulecia” Legii i szukałem starych wypowiedzi po meczach sprzed wielu, wielu lat. Kiedy zacząłem je czytać, to od razu nasunęła mi się refleksja, że w dawnych czasach po każdym meczu, każdy piłkarz udzielający wypowiedzi byłby zawieszony. Słowa, że „wszyscy się opieprzali, trener nie przygotował żadnej sensownej taktyki, a poza tym widziałem żonę sędziego niosącą trzy drogie futra w ramach łapówki”, były na porządku dziennym. Wszystko to szło do prasy.

Bardzo zmieniło się dziennikarstwo przez te lata?

Pamiętam, choć już coraz gorzej, jak jeszcze osiem lat temu, kiedy media społecznościowe dopiero raczkowały, człowiek miał czas, żeby przemyśleć tekst. Znajdowałem temat, dzwoniłem do ludzi, szukałem różnych punktów widzenia. A teraz? Pogoń za tym, żeby być pierwszym. Do obsłużenia jest nie jeden kanał, ale cztery, pięć. W gazecie teoretycznie powianiem mieć do napisana jeden duży tekst, ale od czasów Internetu dochodzą jeszcze dwa, trzy kolejne, więc siłą rzeczy te ostatnie są już najsłabsze. Poziom językowy przez to dramatycznie spada. Mnie zawsze najbardziej denerwowało podejście ludzi, którzy wszystko dostają za darmo. Czepiają się o wszystko. Jak chodziłem do podstawki, to mając na 8:00 do szkoły, o 7:00 stałem pod kioskiem, żeby kupić sobie „Przegląd Sportowy”. A teraz człowiek wszystko dostaje na tacy i jeszcze marudzi, że ktoś jest idiotą, bo popełnił literówkę, a „temu ten wszystko podyktował”. Tak nie jest. To niesprawiedliwe.

Internet będzie grabarzem gazet?

Będzie. Chyba że stanie się jakiś cud. Do mody wrócił winyl, rok temu dobrze sprzedawały się MP3, a mówiono, że ten format nie będzie już obsługiwany, więc może przyjdzie kolej na gazety. Liczę, że ludzie zmęczą się bałaganem i chaosem panującym w internetowej otchłani. Wtedy może docenią uporządkowanie papieru, ale do tego daleka droga. Wszystkie trendy wskazują odwrotnie. Dziennikarze już nie kształtują opinii. Teraz może robić to każdy. Redaktorzy nie mają autorytetu. Coraz mniej ludzi docenia ich wiedzę, predyspozycje, umiejętności. Popularność jest mierzona liczbą lajków.

Z drugiej strony, kim są dziennikarze, żeby kształtować opinię…

W latach 80. i 90., kiedy nie było relacji telewizyjnych, to dla człowieka autorytetem i kreatorem opinii był ten człowiek, który widział te wydarzenia i je opisywał. To dziennikarz kreował pogląd. Teraz czasy się zmieniły. Wszystko możemy obejrzeć sami, obrazić każdego. To się zmieniło. Ten zawód powinien proponować pewne poglądy. Pięćdziesięciu ludzi się z tym zgodzi, innych pięćdziesięciu nie, ale opinia każdego z nich została w jakiś sposób nakierowana przez piszącego.

Dzisiejsi dziennikarze są zupełnie inni od tych z moich czasów. Nie są ani gorsi, ani lepsi. Są inni. Tych dwóch pokoleń nie da się już porównać. Dzisiejszy 20-letni chłopak jest zupełnie inny od swojego odpowiednika z moich czasów. Coś innego przeżył, ma inne przyzwyczajenia, czymś innym żyje. Do tego zupełnie inaczej pisze. Jest wychowany na komentatorach sportowych, którzy popełniają debilne błędy językowe: „strzał w światło bramki”, „pojedynek jeden na jeden”. Wymiotować się chce. Za taki coś młody człowiek kiedyś wyleciałby z redakcji. Od razu. Niedopuszczalne stwierdzenia. Można zawieść światło w bramce i wtedy będzie to zasadne…

(Dawidziuk patrzy na zegarek)

Gadamy 47 minut. Trener Czerczesow już by cię wyrzucił przez okno.

Ciebie wyrzucił?

Nie, ale wzrok wystarczył, żeby zrobiło się gorąco.

Z „Przeglądu Sportowego” odszedłeś do Legii. Czemu?

Legii się nie odmawia. Jak Seweryn Dmowski zaczynał pracę, obiecałem mu, że w razie potrzeby pomogę. Słowa dotrzymałem, choć dziś wiele się zmieniło. Jak pojawiły się konkrety, to pomyślałem: czemu nie? Robisz coś przez dziesięć lat, cały czas to samo, to trzeba coś zmienić. Takie jest życie. W Legii wszyscy mnie znali, a ja znałem wszystkich. Poza godzinami pracy, kompletnie nie odczułem zmiany. Może poza tym, że mam dużo mniej czasu na pisanie, bo obowiązków przybyło. Wszyscy mnie pytają, czy nie tęsknię. Tęsknię za kolegami, brakuje mi ich, mają trudną pracę, muszą utrzymać Titanica na powierzchni, mocno im kibicuję. W Legii pracuję z kapitalnymi ludźmi, szybko stworzyliśmy rozumiejący się zespół, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. I o to chodzi, bo w życiu na stwierdzenie „nie da się” miejsca nie ma.

Rozmawiał: Jan Mazurek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *