Dominik Furman – doskonały temat zastępczy?

Znam parę osób, które samą swoją obecnością potrafią narobić niezłego bajzlu, jak magnes przyciągając coraz to bardziej niewiarygodne kłopoty. Chodzi mi o kogoś takiego, kto nic w życiu nie osiągnął, a na jego widok orkiestra żołnierska zaczyna grać, a pozostali służbiści salutują. O kogoś takiego, kto ledwo co dostał ważne stanowisko, a nie ma problemu z tym, by podjechać limuzyną służbową do białostockiego klubu na balety. Po takiego typu ludziach zwykle widać, że są zdolni do wszystkiego. I to na pierwszy rzut oka! No dobra, może poza Jurkiem Killerem. A no tak. Był też Nikoś Dyzma. Ale przecież to tylko postacie fikcyjne. I to tyle z wyjątków…

– Zaraz, zaraz – obruszył się czytelnik. – A co z Dominikiem Furmanem?

Afera goni aferę. Jeszcze niedawno emocjonowaliśmy się tym, że Probierz przeszedł do Cracovii, chwilę później na tapecie był Vadis Odidja-Ofoe i jego niedoszły transfer do Krasnodaru, a teraz jeszcze ten Furman. Wątły blondyn o twarzy nastolatka, niezbyt charyzmatyczny, raczej mało wygadany. Po prostu taki gość z tłumu.

Jeśli chodzi o piłkarskie umiejętności – Furman jest tym mitycznym solidnym ligowcem. O jego fizycznych i motorycznych mankamentach doskonale przekonali się w Tuluzie oraz Hellas Werona, gdzie jego najbliższym kompanem była ławka rezerwowych, jednak w Ekstraklasie wymagania są znacznie niższe. W żadnym klubie w Polsce nie byłby zbędnym balastem. W Legii był podstawowym graczem, choć trzeba przyznać, że nie miał wtedy zbyt dużej konkurencji. W ostatnich latach pierwszym w stołecznym klubie, który naprawdę dobrze spisywał się na „szóstce”, był Moulin, choć i tak jak na razie robi to sporadycznie.

Pierwszy sezon w Wiśle Płock Furman miał co najwyżej dostateczny. W 32 spotkaniach zdobył pięć bramek, do tego dołożył trzy asysty. W dobrym stylu rozpoczął swoją przygodę w zespole „Nafciarzy”, strzelając m.in. dwie bramki Legii. Widać było, że chce nie tylko swojemu byłemu klubowi coś pokazać, ale całej lidze. Dać do zrozumienia, że jego ambicje sięgają znacznie wyżej niż gra w Płocku. Z czasem jednak obróciło się to o 180 stopni. Przyszedł jeden słabszy mecz, potem drugi, a w rundzie wiosennej była już ich cała masa. Trudno powiedzieć, by w najważniejszych chwilach gra „Nafciarzy” spoczywała na jego barkach. Daleko mu było w tej materii do Kante czy też Piotra Wlazło, którzy przecież też nie robili nic znacząco wybiegającego poza standardy. Wiosną Furman asystował tylko raz, nie udało mu się strzelić żadnej bramki. Tym, co najbardziej kłuło w oczy była jednak jego nonszalancka gra w defensywie.
Minął sezon, nadszedł czas podejmowania ważnych dla niego i dla Wisły decyzji. Sytuacja przedstawiała się następująco:

 Furman miał za sobą przeciętny rok. Kilka razy błysnął. Pokazał, że dysponuję jak na warunki naszej ligi całkiem niezłą techniką, jednak nadal widać też było, że to zawodnik, którego największym atutem jest wykonywanie stałych fragmentów gry. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że to niezbyt dobra laurka dla piłkarza.
 piłkarza, za którego płocczanie musieli zapłacić. I to nie małe pieniądze. 25-letni zawodnik był tylko wypożyczony z Tuluzy. Pod koniec czerwca został z niej wykupiony (!) i dostał kontrakt na trzy lata.

Nie każdy klub w Polsce byłoby stać na podobny ruch. Transfery gotówkowe nie są w naszych realiach codziennością. Oprócz samej kwoty trzeba też było mu zaoferować atrakcyjne warunki. Zarząd klubu musiał się niemało natrudzić, by zatrzymać Furmana w klubie. Wydawało się to rozsądnym ruchem, bo nawet, pomimo że jak dotąd nie wykazywał się oczekiwaną regularnością, to była spora szansa, że w nadchodzących rozgrywkach pokaże się ze znacznie lepszej strony. Wisła Płock dała takim ruchem do zrozumienia, że po prostu trzeba się z nią liczyć.

Parę dni później wybucha skandal. Marcin Kaczmarek rozstaje się z klubem za porozumieniem stron. Główny winowajca? Furman. Tak przynajmniej głoszą media. I wiecie co? Ja w to po prostu nie wierzę. Kaczmarek był najdłużej trenującym szkoleniowcem klubu z Ekstraklasy. Ba, był pod tym względem absolutnym hegemonem. Awansował z klubem z Mazowsza z II ligi do I. Potem wydatnie przyczynił się do wprowadzenia „Nafciarzy” do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Człowiek, którego zasługi dla Płocka trudno zmierzyć jakąkolwiek miarą. Człowiek, który zgodził się (?) na sfinalizowanie transferu Furmana. Zrobiłby to wiedząc, że Furman działa toksycznie na szatnię? Tym samym stawiając na szali swoją reputację, na którą tak wytrwale i rzetelnie pracował?

Jeśli by się rozchodziło tylko o Furmana, to wyjście z tej sytuacji byłoby jedno – płocczanie by go nie wykupili, a Marcin Kaczmarek w spokoju kończyłby właśnie przygotowywać zespół do sezonu. Podłoże tego sporu musiało być więc gdzie indziej. Być może ktoś komuś jeszcze w szatni nie pasował styl prowadzenia drużyny przez Kaczmarka? Wisła szybko zapewniła sobie utrzymanie, ale w ostatnich dwóch spotkaniach, zamiast pozostawić po sobie dobre wrażenie to zebrała łomot od Piasta (0:4) oraz od Śląska (0:3), nie pokazując żadnego przejawu woli walki. A może interesy kogoś z góry zaczęły być rozbieżne z interesami tego szkoleniowca? Pytań jest wiele, choć w zasadzie, po co jest stawiać? Nie lepiej napisać po prostu, że wszystko to wina spokojnego i niezbyt afiszującego się młodego chłopaka pochodzącego z Szydłowca?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi