Media Sunday – Maciej Henszel

Mikołaj Kortus Kategorie: Główne  Wywiady

Jak to się stało, że wracając z meczu, był bliski utraty życia? Dlaczego przyjazny Manuel Arboleda miał z nim konflikt? Czy pobierał pieniądze od Lecha za pisanie tekstów? Jak to było z utajaniem informacji o transferze Kostevycha? Kto stał za okładką „Lech Słabnie”? – Na te i wiele innych pytań odpowiedział nam dziennikarz Przeglądu Sportowego Maciej Henszel w ramach cyklu Media Sunday.

Dowiemy się, kto stał za słynną okładką „Lech słabnie” po jednym z najgorętszych okienek transferowych w wykonaniu Lecha? Zgadza się pan z tą teorią?

Maciej Henszel: (śmiech) Spodziewałem się tego pytania. Patrząc całościowo to Lech nie słabnie, to po pierwsze. Siedem transferów zrobionych, jakieś transfery z klubu, w tym jeden duży. Można uznać, że odejście Jana Bednarka to osłabienie, jasna sprawa. Natomiast mój komentarz do tego czy Lech słabnie całościowo: nie, nie słabnie. Komentując całą sytuację, to nie jest tak, że ja się zgadzam ze wszystkim, co „Przegląd Sportowy” publikuje. Przykład tej czołówki to pokazuje. Decyzję o tym tytule podjął redaktor prowadzący, z którym wcześniej rozmawiałem, kiedy przysyłałem mu mój tekst, któremu nadałem swój tytuł, a on z tego tworzył nagłówek na okładkę. Zresztą widać było rozdźwięk między pierwszą stroną, a dwoma następnymi, które ja tworzyłem. Tytuł był całkowicie inny i ja za niego odpowiadałem. Po mnie jest jeszcze redaktor, który redaguje artykuł i on może mieć pomysł na inny tytuł albo technicznie zaproponuję nazwę, która konkretnie nie łamie się w gazecie według makiety, która została zaplanowana.

Co do „jedynki”, od razu jak zobaczyłem tytuł – on zresztą w pierwszej wersji brzmiał „Lech się osłabia”, więc był jeszcze bardziej podkręcony – napisałem sms’a do redaktora prowadzącego gazety w danym dniu. Nie ma najmniejszego problemu sprawdzić, jak się nazywa, jego nazwisko jest nad winietą na pierwszej stronie. Jak kibice mnie pytali, kto wpadł na taki pomysł, to odsyłałem do gazety. Po to jest redaktor prowadzący, żeby takie decyzje podejmować. Napisałem do niego, że spodziewam się sporego hejtu związanego z tytułem. Podałem mu argumenty: siedem transferów, Gytkjaer był wtedy w drodze do Poznania z Berlina, a na to wszystko odszedł do tej pory Wilusz, odejdzie Bednarek, a z Kownackim nie wiadomo do końca. Był tylko rekonesans. On się ze mną nie zgodził, wymieniliśmy kilka smsów, a jako puentę odpowiedziałem, że czekam na to, jaką okładkę damy, gdy Vadis Odjidja-Ofoe odejdzie z Legii Warszawa. (śmiech) Przekonamy się wtedy, jak podchodzą w redakcji do sprzedaży czołowych zawodników klubu, a w przypadku Belga mówimy przecież o najlepszych piłkarzu ligi. Zwłaszcza, że pieniądze będą niższe niż przy odejściu Jana Bednarka do Southampton.

Rok temu pojawiła się podobna okładka o Legii, tyle że „nadal jej mało i dalej się wzmacnia” przy jej przygotowaniach do Ligi Mistrzów. Trochę analogiczna sytuacja do tej, która dziś jest w Lechu.

Stawiamy mocno na Internet. Cyfryzacja mediów i tak dalej. Sytuacja jest taka, że wszelkie newsy mamy pakować na stronę, a gazeta ma być w formie „exclusive”. Przemek Rudzki, który został redaktorem naczelnym Przeglądu Sportowego wychodzi z takiego założenia, że gazeta żyje jeden dzień. W dzisiejszych czasach nie jest tak, że do gazety ktoś wraca po czterech dniach. Nie. To jest dziennik. Kilka tygodni temu poszedł tytuł, kiedy do Poznania ściągano trzech piłkarzy, że w Lechu nastało szaleństwo transferowe, więc on uznał, że jeśli teraz jest wyciszenie przy transferach wychodzących – był tylko Gytkjaer, a skoro dwóch, młodych piłkarzy szykuje się do odejścia, to warto byłoby to podkreślić. Myślę, że po rozmowie Przemka z redaktorem prowadzącym nastała decyzja, żeby dać taki tytuł, a nie inny. To jest trochę taka szkoła starych czasów przeglądowych. Nazwa tekstu jest teraz tak naprawdę najważniejsza. Zwróćcie uwagę, że przy tym tytule wytworzył się szum. Sporo osób, na przykład będąc w kiosku, widząc okładkę „Lech słabnie” po nią sięgnęło.

Mamy czasy mocno komercyjne. Gazeta musi się sprzedawać i myślę, że będzie nieraz jeszcze taka sytuacja. To nie jest tak, że w Warszawie pracują sami kibice Legii i generalnie hejtują wszystko, co związane z Lechem. Dla nich Lech jest bardzo ważny. Jak w Lechu dobrze się dzieje, to poprawia się sprzedaż gazety. Przy wzmocnieniach „Kolejorza”, dobrych wynikach w Lotto Ekstraklasie czy Lidze Europy my na tym zyskujemy. W ostatnich latach po meczach w europejskich pucharach było ciężko kupić gazetę. Ludzie chcą czytać o sukcesach. Chcą czytać o tym, co ciekawe w sporcie, co dobrego dzieje się w danym klubie. Lech, który wygrywa zawsze będzie napędzał sprzedaż. Zamykając temat, od tej okładki zdecydowanie się odcinam, ale mogę zrozumieć argumenty, które oni podali i czekam na to, co się wydarzy w przypadku drugiego klubu, chyba największego rywala Lecha w ekstraklasie, który chwilowo na rynku transferowym za dobrze nie wygląda. (śmiech)

Jest pan kibicem Lecha Poznań?

Człowiek urodził się w Poznaniu. Miałem pięć lat, kiedy ojciec zabrał mnie na mecz z Liverpoolem w 1984 przy Bułgarskiej. Z nim chodziłem jeszcze na kolejne spotkania ligowe w sezonie 84/85, później pojawili się też koledzy ode mnie z Łazarza i zaczęliśmy chodzić wszyscy razem. Regularnie na stadionie „Kolejorza” pojawiałem się w końcówce lat osiemdziesiątych. Sami możecie sobie odpowiedzieć na to pytanie, czy jestem kibicem Lecha czy nie. Przez to, że zostałem dziennikarzem w wieku trzynastu lat, bo tak zaczynałem w Radiu Afera w 1992, miałem nagle powiedzieć, że przestaję być kibicem, a staję się dziennikarzem? To jest niedorzeczne. Jak słyszę wypowiedzi ludzi, którzy mówią, że kibicowali jakiemuś klubowi, ale teraz przestali, bo są dziennikarzami, to wydaję mi się to śmieszne i absurdalne. Deklaruję to jasno. Urodziłem się w Poznaniu, jestem kibicem Lecha i będę kibicem Lecha. To nie oznacza, że ja nie potrafię Lecha skrytykować. Trzeba oddzielić kibicowanie, a to, co pojawia się na łamach – ocena jego gry, problemy klubu i o tym wszystkim co dzieje się w klubie.

Adam Dawidziuk w rozmowie z wami powiedział, że spojrzenie człowieka, który patrzy na jakiś klub zawsze będzie subiektywne. Nie patrzę przez różowe okulary i nie napiszę, że Denis Thomalla jest nadal świetnym napastnikiem i był doskonałym zakupem klubu (śmiech). Nie będę kłamał, odpisując komuś na Twitterze pytany o to, czy jestem kibicem Lecha. Nie odpowiem:

– Wiesz co, byłem, ale zostałem dziennikarzem i teraz już nie jestem, a to całe środowisko absolutnie mnie to już nie interesuje.

Środowisko dziennikarskie zabiło w panu duszę kibica?

Jak chodziłem na mecze jako dwunasto czy trzynastolatek i Lech walczył z Olimpique Marsylia, Panathinaikosem Ateny czy Spartakiem Moskwa, to przecież chodziłem tam jako kibic, bardzo emocjonalnie do tego podchodziłem. Teraz na duszę kibice nie mogę sobie pozwolić. Przy bramce nie wyskoczę do góry, nie będę brał udziału w dopingu. To są wszystkie rzeczy, które trzeba było odłożyć na bok. Zgadzam się z fanatycznym kibicem Legii i fotografem zarazem Piotrem Kuczą, który twierdzi, że nie wyobraża sobie sytuacji, w której dziennikarz na trybunę prasową przychodzi ubrany w koszulkę czy szalik ulubionego zespołu. Nie. Oddzielamy to. Wchodzę na stadion i mimo tego że w sercu mam Lecha i chciałbym, żeby wygrał spotkanie, na którym jestem, to oddzielam to. Odpalam laptopa, pracuję, piszę tekst. Lech strzelił gola – okej, fajnie, ale nie jest tak, że wyskakuję po bramce. Takie rzeczy są dla mnie niedopuszczalne.

W 2010 roku, kiedy Lech zdobył mistrzostwo Polski, to na trybunie prasowej ktoś odpalił racę. Od takich sytuacji odcinam się zdecydowanie.

Jak pan patrzy ogólnie na dziennikarstwo? W tych czasach wystarczy komputer, chęci i miejsce do publikacji swojego tekstu.

To jest szansa. Mam zajęcia ze studentami na UAM na wydziale dziennikarstwa sportowego. Powtarzam im w dużym skrócie: „Od was tylko zależy czy przebijecie się na tym rynku”. Ale on jest trudny. Kiedy wchodzę na pierwsze zajęcia w październiku i widzę grupę około czterdziestu osób, to zawsze mówię: „Hmm, dużo was, ciekawe gdzie wy wszyscy pracę znajdziecie”. (śmiech)

Oni oczywiście już załamka i tak dalej, bo każdy teraz marzy o zostaniu dziennikarzem sportowym, a miejsc w większych redakcjach jest już coraz mniej. Ja im później powtarzam, że tak naprawdę teraz od nich wszystko zależy. Zawsze, w każdej dziedzinie, można znaleźć swoją lukę, niszę, gdzie można się realizować i zostać dziennikarzem. Trzeba mieć chęci. Nie wystarczy tylko to, co robi dziewięćdziesiąt procent osób na rynku zakładając różne portale i przepisując gotowe informacje od innych. Należy siąść, pogłówkować, wymyślić coś swojego i powoli realizować.

Kilka lat temu zastępcą redaktora naczelnego w Przeglądzie Sportowym był człowiek, który opowiadał taką historię. Wchodzi do newsroomu, siedzi około pięćdziesiąt osób, patrzy na nich i wszyscy wpatrzeni są w ekrany monitorów, a telefony stacjonarne stoją obok – tak, nadal istnieją telefony stacjonarne – i jedna osoba rozmawia przez ten telefon. Od razu mówię, przez komórkę też nikt nie rozmawiał, żeby nie było wątpliwości. To pokazuje, że dzisiejszy dziennikarz różni się od tego dziennikarza, który był piętnaście, dwadzieścia lat temu, kiedy my zaczynaliśmy i nie mieliśmy dostępu do Internetu. Dziś dziennikarz idzie na łatwiznę, woli poszukać informacji w komputerze, które już się tam pojawiły i przeszczepić je na własny grunt, być odtwórcą, a nie twórcą, czyli człowiekiem, który ma chęci wziąć telefon, zadzwonić, zdobyć opinię i opublikować jako swoje. To jest największy problem dziennikarstwa. Moje przesłanie jest proste. Jeśli ktoś chce zostać dziennikarzem to wystarczą chęci, żeby chwycić za telefon, umówić się z kimś na rozmowę i zrobić ciekawy wywiad. Wiele naprawdę nie potrzeba. Na pewno zauważą to w większych redakcjach. Nie jest tak, że my jesteśmy w dużych redakcjach zamkniętym gronem, mamy swoją klikę i nie dopuszczamy nikogo z zewnątrz. Dla przykładu „Przegląd Sportowy” wprowadził ostatnio staże i ci najzdolniejsi już zaczynają się przebijać. Wiadomo, że budżety są ograniczone, bardziej mówi się teraz o redukcji, niż o zatrudnianiu, ale dla tych najzdolniejszych miejsce zawsze się znajdzie.

Najnowszy przykład to Ola Sieczka. Dobrze, że ktoś podał dalej na Twitterze jej tekst o Gytkjaerze. Odpisało na to kilku dziennikarzy: Żelek Żyżyński, Damian Smyk. Ja też. Skomentowałem, udostępniłem i poleciłem. Ola nie ma teraz takiego przebicia, ale zrobiliśmy jej trochę zasięgów i myślę, że przeczytało to sporo ważniejszych osób w środowisku dziennikarskim i może to być początek fajnej drogi do pracy. Nie może się skończyć na jednym tekście, to jasne. Nie można powiedzieć, że ktoś napisał jeden genialny tekst i okaże się, że już szuka pracy i chce pracować w Przeglądzie Sportowym. Niech pokaże jeszcze drugi, trzeci, dziesiąty, co bez echa nie przejdzie.

Ja tej drogi nie przeszedłem, bo zaczynałem z moimi kolegami w Radiu Afera w 1992, a w 1996 wszyscy hurtem przeszliśmy do poznańskiego oddziału Gazety Wyborczej. Od początku z nimi pracowałem i wszystkie teksty, które pisaliśmy, wchodziły do gazety. Bardzo często znani dziennikarze, który zaczynali w Warszawie, podają przykład, że pisali najpierw do szuflady. Pojawili się w jakiejś redakcji na stażu u doświadczonych dziennikarzy, którzy mówili im: popraw to, to i to, przyjdź za tydzień i zobaczymy co dalej. Tak pisali niektórzy po pół roku, nie publikując w tym czasie ani jednego artykułu, aż ktoś powiedział: „no dobra, to się nadaje” i szło do publikacji.

Kto według pana jest dzisiaj dziennikarzem? W erze Internetu nie jest to do końca sprecyzowane.

Uwolniony został ostatnio zawód menadżera piłkarskiego. Menadżerem może być każdy. Bez oficjalnych, licencjonowanych egzaminów w PZPNie, tam trzeba było znać wszystkie przepisy FIFA, nawet język, a teraz tego już nie ma. Tak samo jest z dziennikarzem. Jaka jest teraz definicja dziennikarza? Osoba przekazująca informacje, ewentualnie pisząca teksty publicystyczne, korzystająca z własnej wiedzy, własnych informacji, z tego co wydobędzie od danego rozmówcy, zrobi jakiś ciekawy wywiad. Nadużywane jest określenie „redaktor”. Często zaglądam na profile młodych osób na Twitterze, jak czasami ktoś podlinkuje tekst, to patrzę co to jest za osobnik, żeby już mieć go w głowie. Tak po prostu mam. Wszyscy dookoła mi mówią, że wyniki Lecha to ja pamiętam z całej jego historii, co jest oczywiście ogromną przesadą, ale mówią, że mam niesamowitą pamięć. Kolega z WTK śmieje się i twierdzi, że ja jestem z Międzynarodowego Stowarzyszenia Historyków i Statystyków Futbolu (śmiech), bo pamiętam wszystko związane z Lechem. Wracając do tematu, pamiętam tych młodych dziennikarzy i bardzo często mają dumnie wpisane „redaktor” jakiegoś tam portalu.

Dobrze, że sobie bio na Twitterze zmieniliśmy(śmiech).

(śmiech) Studiują ci różni ludzie dziennikarstwo i nie potrafią rozróżnić dziennikarza od redaktora. Oczywiście, w starych czasach za komuny to tak zostało przyjęte i uprzejmie było zwracać się do takiej osoby per redaktorze, ale w dzisiejszych czasach to się trochę zdewaluowało. Jesteśmy dziennikarzami. Byłem redaktorem w swoim życiu, bo redagowałem chociażby poznańskie strony Wyborczej związane ze sportem, ale redaktor to jest ten człowiek, który nie pisze tekstów, a siedzi w redakcji. To są często osoby z drugiego planu. Nie znacie nawet ich nazwisk. Odpowiadają między innymi za to, żeby strona w gazecie była ładnie złamana, teksty były fajnie zredagowane, a potrafią przy tym zrobić perełkę z tekstów przesyłanych przez dziennikarzy. To nie jest tak w tym zawodzie, że każdy ma umiejętności pisania takie, że przyśle tekst i jest on od a do z genialny. Tam trzeba poprawić kilka rzeczy. Są powtórzenia, niedopowiedzenia. Często redaktor dzwoni i sugeruje, żeby dodać jakąś wypowiedź dla równowagi. Są takie sytuacje, że jest sytuacja konfliktowa, skandal, warto byłoby dać się wypowiedzieć drugiej stronie albo chociażby dać adnotację, że ktoś tam nie chciał rozmawiać. Tekst powinien być obiektywny. Nie opowiadamy się po którejś ze stron konfliktu. Chcę, żeby to do ludzi trafiło, że jest zdecydowana różnica między dziennikarzem, a redaktorem.

Ja przysyłam tekst, redaktor go czyta, dobiera tytuł, bo tak jak mówię, bardzo często ten, który zaproponowałem nie pasuje. Dzisiaj mamy podgląd do tego jak dane wydanie będzie wyglądało. Ja widzę, jak gazeta jest zamakietowana, jakie jest miejsce dla mojego tekstu i jak wygląda tytuł roboczo. W sensie takim, że są literki wpisane i wiem, że mogę zaproponować tytuł jaki będzie tam pasował, ale czasem zdarza się inna koncepcja w redakcji i przemakietowują w ostatniej chwili, bo coś się wydarzyło. Podobnie zresztą było z okładką do osławionej już środowej gazety. Lech nie miał być na stronach 2-3, gdyby nie to, że we wtorek około godziny osiemnastej okazało się, że Janek Bednarek leci na testy do Southampton. Nie byłoby tego tekstu. Był tekst o Dawidzie Kownackim i Szymonie Pawłowskim. Nagle w redakcji podjęli decyzję po wyjściu informacji z Bednarkiem, że otwieramy temat transferów i strony 2-3 rysowane były o osiemnastej trzydzieści, kilka godzin przed deadlinem. Do tekstów o „Kownasiu” i „Szymku” musiałem dopisać tekst o Bednarku, który redaktor prowadzący musiał skrócić, żeby idealnie zmieścił się na łamy. Dzieje się wszystko. Praca na żywym organizmie. Redaktor ma czasem naprawdę sporo pracy. Musi się nagłowić jak pomieścić tekst, jak go skrócić i sprawić, żeby ten tekst był w takiej formie, aby czytelnicy nie stwierdzili, że jest on – jak to lubił określić jeden z kolegów redaktorów w Warszawie – patatajką.

Mieliśmy takiego redaktora w Przeglądzie, który potrafił zadzwonić do dziennikarza i powiedzieć mu wprost, że jego tekst to jedna, wielka patatajka, do niczego się nie nadaje i najlepiej by było, gdyby napisał go jeszcze raz od zera. Praca jak każda inna. Szef może mieć do ciebie pretensje, że coś wyszło nie tak.

Tak jak pan mówił, rozpoczynał pan w wieku trzynastu lat. Co wpłynęło na to, że w sumie jest an jednym z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy w Polsce, pracującym przy lokalnym klubie?

Trafiłem na dobry okres, to raz. Zaczynałem wtedy, kiedy nie było jeszcze takiego – jak wy mówicie teraz – boomu na dziennikarstwo. Ten krąg dziennikarzy był mocno zamknięty na początku lat dziewięćdziesiątych. Nie mogę tego nie powiedzieć. Pomógł mi Lech. Lech jest na tyle medialnym klubem, że gdybym urodził się w Łęcznej i całe życie zajmował się Górnikiem Łęczna, to byście o mnie pewnie nigdy nie usłyszeli, bo wszedłbym na łamy Przeglądu Sportowego średnio raz na trzy dni albo nawet rzadziej. Tam nie ma aż tak wielu kibiców, więc nie przebija się na łamy ogólnopolskiego „PS”. Nie ma już stron lokalnych, znaczy się wydajemy teraz dodatek Wielkopolski, który wróci z początkiem sezonu, ale przez lata czegoś takiego nie było jak strony lokalne, więc ciężko byłoby znaleźć coś takiego z Górnika Łęczna, co zainteresuje całą Polskę. Zawsze, jak planowana jest gazeta, to czołówki stron muszą być z Legii, Lecha, Lechii Gdańsk, ostatnio z Jagiellonii, bo jest na fali, kiedyś z Widzewa, Wisły Kraków, gdy miała dobry okres, choć nadal jest Wisła budzi emocje i ma bardzo dużo kibiców. Może jeszcze Cracovia czy Śląsk Wrocław i to jest wszystko. Z reszty kraju ciężko się przebić. Jak piszą teksty z innych rejonów to rzadko zdarzy się, że będzie czołówka strony, częściej jakiś podwał, dolny tekst i tak dalej.

Z Radia Afery do Gazety Wyborczej trafiłem mocno przypadkowo. Koledzy zawsze podkreślali, że ja radiowiec, zawsze chciałem być radiowcem, ale ta droga trochę inaczej się ułożyła, ale od zawsze lubię komentować mecze. Trafiłem tak naprawdę z ulicy. W 1991 były bodajże w Poznaniu Mistrzostwa Europy siatkarzy juniorów i poszedłem tam zupełnie jako kibic. Mieszkałem na Łazarzu, Polacy grali mecze w Arenie i poznałem dziennikarza, który był poznańskim korespondentem gazety, która kiedyś nazywała się „Trybuna Ludu” w czasach komunistycznych, a potem po prostu „Trybuna”. Poznaliśmy się, on mnie wprowadził w świat dziennikarski, zacząłem chodzić na sporo meczów w Poznaniu – koszykarską Olimpię, koszykarki czy koszykarzy Lecha. Soboty i niedzielę poświęcałem na to, żeby chodzić na imprezy sportowe. Nigdzie nie publikowałem, ale chodziłem jako zwykły kibic. Miałem trzynaście lat, początek siódmej klasy podstawówki.  To on mi właśnie powiedział, że może gdzieś bym mógł zacząć, jest takie radio w Poznaniu, radio Afera, radio Politechniki Poznańskiej, mówi się, że jest to bardzo fajna kuźnia talentów, że warto tam zacząć i zresztą późniejsze lata pokazały, że wielu dziennikarzy z „Afery” trafiało do różnych, większych mediów. Czy to do Radia Merkury, „Gazety Wyborczej”, „Głosu Wielkopolskiego”, RMF i tak dalej. Zaprowadził mnie do „Afery”, zostałem wysłany na koszykarki Olimpii, które grały w Pucharze Europy w sezonie 92/93, gdzie robiłem relację radiową. Wszystko było w porządku, było ok, czytałem serwisy informacyjne. Przy tym też było dużo śmiechu, bo to był okres, kiedy zacząłem mutację, więc przed mikrofonem brzmiałem trochę jak trzynastoletnia dziewczynka, ale wszyscy byli zdumieni, że trzynastolatek i takie umiejętności. Żeby nie było, to nie moje opinie.

Śmieszna sytuacja miała miejsce w 1995. Dwóch gości pracowało w „Gazecie Wyborczej” w Poznaniu w sporcie. Oni obaj postanowili nagle odejść, bo dostali po prostu lepszą pracę. Jeden w dziennikarstwie, drugi całkowicie zmienił zawód. No i została „Gazeta Wyborcza” bez dziennikarzy sportowych, a tutaj sporo się działo: trzy kluby w ekstraklasie, powoli Amica się przebijała w drugiej lidze, a też w Grodzisku zaczynali budować coś ciekawego. Dużo wydarzeń ligowych, halowych i tak dalej. Z „Radia Afery” do „Wyborczej” przeszedł już człowiek, który nazywał się Błażej Wandtke. Był dziennikarzem śledczym i kryminalnym. Pracował w „GW” w Poznaniu przez wiele lat. Powiedział on ówczesnemu naczelnemu, że w „Aferze” są tacy chłopacy, którzy wykonują bardzo fajną robotę. On mówi: „dobra, to niech przyjdą na rozmowę”. Ja nie poszedłem, ponieważ miałem wtedy szesnaście lat, trochę za wcześnie jak na pracę zarobkową. Poszedł Radek Nawrot, mój wychowawca dziennikarski, poza tym człowiekiem, który wprowadzał mnie do tego światka dziennikarskiego. Mimo tego, że Radek też nie jest dziennikarzem z wykształcenia, bo skończył prawo, więc trafił do tego światka też trochę z przypadku, bawił się w dziennikarstwo w „Aferze”, a kończył wtedy studia i właściwie planował startować na aplikację sędziowską czy adwokacką. Poszedł wtedy na tę rozmowę z Jackiem Łuczakiem, którego dzisiaj już nie ma w dziennikarstwie. Usiedli w gabinecie. Wojtek Bartkowiak, ówczesny naczelny „Wyborczej”, to jest taki trochę flegmatyczny człowiek. On tak siedzi, bawi się długopisem, oni zniecierpliwieni, no może by już zaczął generalnie. Po pięciu minutach się odzywa.

– Aha. To pracujecie w tej „Aferze”?

– No tak, tak, bawimy się w dziennikarstwo.

– Mhm. I chcielibyście teraz pracować  w „Wyborczej”?

– Tak, po to tu przyszliśmy.

Minutę się zastanawia i odpowiada.

– A moglibyście rozpocząć od jutra?

(śmiech)

No i tak zaczęła się ich przygoda z dziennikarstwem. To był duży przypadek. Zwolnił się wakat, zgłosił się ktoś po nich, coś zaproponował i tak trafili. Ja przyszedłem rok później, jeszcze przed osiemnastymi urodzinami, bo było takie ponaglanie, wszyscy mówili „już, już, najwyższa pora”, czekali aż skończę te osiemnaście lat, ale te pierwsze miesiące i tak pracowałem już tak na nielegalu. Razem ze mną trafił jeden kolega z „Afery”, trochę starszy ode mnie, Andrzej Grupa, który jest korespondentem Interii z Poznania. Zajmowaliśmy się Lechem, przeżyliśmy wiele, między innymi spadek w 2000.

W 2004 nastąpiły zmiany w „Przeglądzie Sportowym”. Roman Kołtoń został redaktorem naczelnym, została odczepiona ekipa Pawła Zarzecznego i szukali dziennikarzy w całym kraju. Dostałem telefon od Krzyśka Stanowskiego, który jest hejtowany przez poznańskiego środowisko, ale ja nie powiem o nim złego słowa. Świetny dziennikarz, a przy tym po prostu mój kolega, z którym pracowałem parę lat w redakcji. Znamy się, rozmawialiśmy wiele razy, współpracowaliśmy ze sobą bez najmniejszych problemów. Gdy mnie przyjmował pełnił wówczas funkcję szefa działu piłka w „Przeglądu Sportowym”. Dostałem telefon nagle, nie przez jakieś znajomości. Owszem, Krzysiek Stanowski znając doskonale Czesława Michniewicza, który były wtedy trenerem Lecha, zadzwonił zapytać go czy by kogoś nie polecił. On polecił mnie, ale Stanowski też przejrzał parę tekstów w gazecie i chyba był usatysfakcjonowany, bo postanowił zadzwonić. Przyjeżdżał na bal sportowca organizowanego przez „Gazetę Poznańską”, potem przejął to „Głos Wielkopolski” i zapytał czy w sobotę rano się z nim spotkam. Spotkaliśmy się w hotelu Ibis. Krzysiek po tym balu raczej słabo wyglądał po całonocnej zabawie. (śmiech) Była dziewiąta, on jadł śniadanie, ja przyjechałem, bo on miał za chwilę wracać do Warszawy i rozmowa trwała chyba piętnaście sekund.

– Jesteś zainteresowany pracą w „Przeglądzie”, bo tworzymy nowy zespół?

– Tak, jestem zainteresowany, po to jestem na tym spotkaniu.

W sumie odpowiedziałem podobnie, jak ci koledzy z Wyborczej w 1995.

– Dobra, to mamy dla ciebie warunki takie i takie.

Okazało się, że te były trzy razy lepsze niż w „Wyborczej”. Wiecie, ceniłem sobie „Wyborczą” za to, że była tam fajna, rodzinna atmosfera. Biurko w biurko, mieliśmy swój pokój, toczyliśmy tam wielogodzinne dysputy na temat sportu, mieliśmy telewizor z Wizją TV, która była wtedy platformą cyfrową, oglądaliśmy różne mecze. Śmiesznie było po prostu, bardzo fajna robota, od rana do wieczora siedzieliśmy i robiliśmy gazetę. Byliśmy bardzo dobrymi kolegami i przyjaciółmi, więc ciężko było to rzucać. Krzysiek zaśpiewał jednak taką kwotę, za jaką teraz Lech nie mógł przejść obojętnie w sprawie Bednarka. Pewnych rzeczy się nie odmawia. Odpowiedziałem mu, żeby dał mi czas do poniedziałku. Wtedy zadzwoniłem, pogadałem z kolegami z gazety, przeszedłem i jestem tam do dzisiaj. Trzynaście lat stuknęło w lutym, zobaczymy co będzie dalej. Fajna robota. Można realizować się na wielu polach, zwłaszcza, że tej pracy jest coraz więcej. Robimy „Fakt” lokalny, krajowy, teksty do „PS”, Internet, jeszcze cały czas mnie naciskają, że mam zaniedbanego bloga i fajnie by było, gdybym coś napisał, a tak naprawdę można zapytać: kiedy?. Dochodzi jeszcze dział wideo, który chcemy rozwijać, więc jest tego bardzo dużo. Bardzo dająca satysfakcję, ale też taka, która z roku na rok jest coraz bardziej wyczerpująca i męcząca.

Sporo się zmieniło w pracy dziennikarza od 2004 roku, kiedy rozpoczynał pan pracę w Gazecie Wyborczej?

W 2004 praca była komfortowa. W „Wyborczej” cały dzień się siedziało i rozmawiało o pierdołach, potem stwierdzaliśmy, że jednak warto gdzieś podzwonić, coś ustalić i zrobić gazetę. W „PS” byłem sobie w Poznaniu sterem, okrętem i żeglarzem. Miałem laptopa i mogłem pracować, gdzie chciałem. Nie było redakcji jako budynku. Do tego to był jeszcze czas, kiedy nie trzeba było się spieszyć do Internetu, bo był jeszcze w powijakach. Do jedenastej musiałem zaproponować temat, który wyślę danego dnia do gazety. Było tylko wydanie papierowe, „Fakt” jeszcze nie wchodził w skład mojego działania, bo to nie było jeszcze to samo wydawnictwo. Przyjeżdżałem sobie spokojnie rano na Bułgarską, pogadałem z tym, tym i z tym, obejrzałem trening, nie było tego, czego nienawidzę teraz, czyli ciągłego udawania wyimaginowanego profesjonalizmu przez zamykanie treningów w tygodniu, jakby niewiadomo, co by tam się działo. Uważam, że można zamknąć piątkowy czy sobotni trening, kiedy sztab szkoleniowy wpaja schematy rozegrania stałych fragmentów gry, ale w tygodniu… nie dzieje się przecież tak wiele na tych zajęciach, żeby ktoś z zewnątrz mógł wyciągnąć jakieś kolosalne związki. Po południu dowiadywałem się, że chcą oni ode mnie na przykład tekst na trzy tysiące znaków. Siadałem, pisałem w półgodziny i właściwie miałem luz, mogłem szykować sobie coś większego następne dni. Tak to było. Oczywiście, trzeba było mieć swoje kontakty, robić newsy, wywiady, to jest oczywista sprawa. Tak jak dzisiaj, tyle, że teraz jest to pomnożone razy dziesięć, bo trzeba działać szybko. Nie można, jak to mówimy w dziennikarstwie, kitrać newsa, „a nóż” uda nam się go przemycić na papier. W ośmiu na dziesięć przypadków i tak będziemy, mówiąc brzydko, w czarnej dupie, bo ktoś to opublikuje wieczorem w Internecie, a my i tak wrzucimy ten tekst szybko na naszą stronę. Tak na przykład było ostatnio z Bednarkiem, kiedy wylatywał na testy medyczne do Southampton. Krzysiek Stanowski ma swoje kontakty, pisał o tym wieczorem na Twitterze i okazało się, że my też musimy dać w tej sytuacji newsa do Internetu. Tam trzeba było zmieniać, bo tekst był pisany pod papier, tam było zdanie, że Lech już ma następcę, że Christian Gytkjaer wczoraj wieczorem wyląduje w Berlinie, no jak wczoraj, jak on dopiero dzisiaj ląduje i tak dalej. Zmieniła się praca o tyle, że teraz na nic nie ma czasu.

Powiem wam, że lubię taką pracę, jak się coś dzieje. Kiedy Lech robi wielką inicjatywę transferową, to mam właściwie dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Brakuje mi troszeczkę takiego oddechu na zrobienie tekstu pogłębionego, jakichś analiz, bardzo długiego wywiadu. Kompletnie na to nie ma czasu. Przy tej całej gonitwie newsowej po prostu brakuje godzin, by dopieścić coś konkretnego. Mamy takich specjalistów w redakcji, ale oni też nie są przywiązani do pracy newsowej, codziennej. Iza Koprowiak robi rewelacyjne wywiady, ale poświęca się głównie temu, choć teraz po odejściu Adama Dawidziuka, została przypisana do Legii, ale i tak może sobie pozwolić na robienie takich długich rozmów. Inny przykład to Łukasz Olkowicz. To jest człowiek, który nie ma przypisanego klubu, a przy tym robi świetne reportaże i wywiady. Moim zdaniem na polskim rynku jest wzorem, jeśli chodzi o tego typu materiały. Taki jest podział, ja muszę to zaakceptować. Czasem spotykam się z takim argumentem, że pracuję tylko newsowo, ale mówię, tu jest coś za coś. Czas pozwala mi na ogarnianie informacji z Lecha, natomiast uniemożliwia mi większe roboty. Określiłbym, że jestem takim dziennikarskim pozytywistą, praca organiczna cały czas. Nie mogę pozwolić sobie na romantyczne podejście do sportu, że będę pracował mozolnie, z namysłem, z zastanowieniem, aż wykoncypuję z tego myślenia jakiś tekst raz na sto lat. Tak żyją niektórzy dziennikarze. Widzę takich, którzy opublikują jeden, zajebisty tekst raz na pół roku i potem jadą na tej opinii przez następne miesiące. To nie moja robota. Jestem rozliczany z tego, żeby rzetelnie informować o tym, co dzieje się w Lechu.

Można powiedzieć, że teraz dziennikarz to człowiek uniwersalny. Musi znać się na dobrym pisaniu, wypowiadaniu się, komentowaniu spotkań, a także sprawnie poruszać się w social media. Jak się pan w tym odnajduje?

Mieliśmy kiedyś jedno szkolenie w redakcji, nawet nie z operowania mediami społecznościowymi, a bardziej z poruszania się w Internecie. Uczyliśmy się jak pozycjonować teksty, bo wprowadzili nam te legendarne meta-dane, meta-słowa, meta-tytuł, wszystko trzeba było dodawać przy tekstach. Teraz, na szczęście, już to robią za nas w redakcji albo zostało ograniczone to do absolutnego minimum. Jeśli chodzi o social media, to ja kompletnie nigdy się tego nie uczyłem. Nie miałem żadnego szkolenia. To jest tak, że konto na Instagramie założyłem trochę ponad rok temu, bo stwierdziłem, że wrzucę fotę mojej córki. Spały w fotelikach przed telewizorem, były odwrócone. Jedna z nich się odwróciła i spoglądała w zabawny sposób. Założyłem Instagrama, zrobiłem zdjęcie i myślałem nawet trochę, że rozpocznę jakąś przygodę z tym medium. Najciekawsze jest jednak to, że od tego momentu już nic tam nie wrzuciłem. Wolę coś wrzucić na Twittera. Na Facebooku mam prywatne konto, gdzie trudno dostać się do grona znajomych. Przyjmuję tylko osoby, które znam i rozmawiałem z nimi. Żadne konta dziennikarskie oficjalne mnie nie pociągają. Trochę czasami żałuję, że jestem na Twitterze, bo to niesamowity pożeracz czasu. Wieczorem zawsze był czas dla rodziny. Siedziałem, oglądaliśmy sobie z żoną, jak dzieci poszły spać, film albo rozmawialiśmy o tym, co było w pracy. Teraz okazuje się, że siedzę i żona ma do mnie tylko pretensje, że ciągle sprawdzam coś na telefonie. Radek Nawrot powtarza, że Social Media są bardzo ważnym narzędziem w pracy. Okej, do promowania, do robienia zasięgów tak, ale Twittera należy traktować zawsze z przymrużeniem oka. Niektórzy ludzie zaistnieją na Twitterze i już mienią się wielkimi dziennikarzami, a jak chcesz zobaczyć portfolio ich tekstów, to jest bardzo ubogie. Brylują na Twitterze, jacy oni są mądrzy i w ogóle, a się potem okazuje, że w życiu opublikowali tylko dwa, trzy teksty. Takich nigdy nie będę brać na poważnie. Na Twitterze nie zaczyna się pracy dziennikarskiej. Można się pobawić, podyskutować o piłce, o sporcie, ale nie traktujmy tego jako miejsce pracy. W ostatnich dniach u nas w redakcji jest taka opinia szefostwa, że stawiamy na Internet, papierowe wydania, ale Twitter nie jest naszym obowiązkiem. Oczywiście, jest bardzo miło, kiedy promujemy teksty, zwiększając liczba klików na stronie, ale nikt nas do tego nie zmusza.

Znalezione obrazy dla zapytania maciej henszel

W 1996 roku, gdy wracał pan ze Szczecina, mieliście bardzo groźny wypadek samochodowy.

Pojechaliśmy wtedy na mecz Pucharu Polski, Lech grał wtedy z Pogonią. Pamiętny mecz. Emocje na boisku były podobne jak potem na drodze – teraz się tak z tego śmiejemy. Nawet robiliśmy imprezę, na dwadzieścia lat się nie udało, bo komuś coś nie pasowało. W 2016, z 30 września na 1 października minęło dwadzieścia lat. W piętnastą rocznicę zrobiliśmy imprezę, nazwaliśmy ją chyba „piętnaście lat od ocalenia”, bo było naprawdę grubo. Wracając do tamtych wydarzeń. Fatalna pogoda. 1/16 Pucharu Polski. Spóźniliśmy się, a dlatego, że pojechaliśmy po drodze także na drugi mecz do Drezdenka, gdzie Lubuszanin podejmował Amicę Wronki. Mówiliśmy, że na spokojnie zdążymy do Szczecina, bo mecz był bardzo wcześnie, Drezdenko na drodze do Szczecina. Radek Nawrot miał wówczas od tygodnia samochód. Kupił nowe Daewoo Tico. Nowy samochód, nie do końca go jeszcze znał. W Drezdenku mecz obsłużyliśmy, relację nadaliśmy telefonicznie, bo nie było przecież laptopów. Na stadion w Szczecinie dojechaliśmy, jak dobrze pamiętam, pod koniec pierwszej połowy. Mecz był o 18, deadline około 20, więc jak okazało się, że jest 0:0 i będzie dogrywka, to trzeba będzie zamykać gazetę. Zamknęliśmy ją bez tego meczu, właściwie mogliśmy go już oglądać towarzysko, po za tym, żeby zebrać po meczu jakieś materiały do następnego wydania. 111. minuta, Artur Wichniarek strzela gola dla Lecha Poznań. Lech prowadzi 1:0, blisko awansu do 1/8 Pucharu Polski. Pogoda była fatalna, typowa jesienna. Lało po prostu non-stop. Boisko było tak miękkie, że po prostu coś niesamowite. Wiecie, jak do Lecha podchodzi się w Szczecinie. Najważniejszy znienawidzony rywal. Jest ostatnia minuta spotkania, zaczyna się doliczony czas, gość bierze piłkę na trzydziestym metrze i ładuje ją prosto w widły. Zaczęło się na stadionie szaleństwo. Bramkę strzelił chyba Rycak. Są karne, które wygrywa Pogoń. Odwrócili mecz strzałem życia z kilkunastu metrów.

Pojechaliśmy w drogę powrotną do Poznania. Siedzieliśmy tak: Radek Nawrot kierowca, ja pasażer z przodu, za mną Grześ Hałasik, po lewej Mariusz Juskowiak. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Dębiec na kolacji. W tym samym miejscu, gdzie piłkarze. Pewnie byśmy z tego wyjazdu wspominali – gdyby nie ten wypadek – tylko jedną anegdotkę z tej restauracji. Przy stoliku obok siedziała mocno wcięta grupa ze wschodu – Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini. Nie wiem dokładnie, ale kierunek wschodni. Siedzieli z jakąś kobietą. Byli coraz bardziej agresywny wobec kelnerki. W pewnym momencie, gdy kończyliśmy kolację, nagle obok nas wylądowała butelka wódki. Mało brakowało, że ktoś z nas by z tej butelki dostał. Przemilczeliśmy sprawę, goście nawaleni. Kelnerka przyszła do nas, żebyśmy już jechali, bo z nimi jest problem. Ok, pojechaliśmy już w stronę Poznania.

W miejscowości Kamionna, na starej trasie z Gorzowa do Pniew, wychodziliśmy z łuku drogi. Padało cały czas, bardzo mokra nawierzchnia, liście z drzew na tej drodze. Zza tego łuku wyłonił się tir, miał włączone długie światła, więc oślepił Radka. On wcisnął hamulec, by zwolnić. Rzuciło go w lewą stronę. Prawdopodobnie wpadłby pod tę ciężarówkę. Odbił w prawo, że minęliśmy tira. Kierowca pewnie nie zauważył, że była taka sytuacja. Strasznie ciemno. Odbił w prawo, jednak tak nieszczęśliwie, że zahaczyliśmy bocznymi kołami o pobocze. Była delikatna skarpa i po niej zjechaliśmy, jechaliśmy z osiemdziesiąt na godzinę. Wbiliśmy się w narożnik stojącego domu. Pierwsza reakcja tych właścicieli była taka, że obudzili się i wylecieli z pretensjami.

– Co tu jest, kurwa, znowu się nam w dom władowali?!

Bo tam jakiś tir im kiedyś w tę chatę wjechał, no normalnie masakra. Nieszczęśliwie mieszkali. Mieliśmy bardzo duże szczęście, że wbiliśmy się w ten narożnik, bo gdybyśmy uderzyli, w którąś ze stron, to Tico, które złożyło się bardzo mocno, właściwie praktycznie przodu nie miało, prawdopodobnie by nas zabiło. Skończyło się na poważnych obrażeniach. Właściciele z tego domu, gdy zobaczyli, że jest poważnie, to zadzwonili na pogotowie. Przyjechali z Międzychodu, zabrało nas. Mnie, Radka, Mariusz Juskowiak w ogóle nie został przyjęty do szpitala, natomiast Grześ Hałasik wyszedł po kilku dniach. Miał chyba rozbity nos, okulary mu coś zraniły czy coś takiego, ale nie miał niczego bardzo poważnego. To było z niedzieli na poniedziałek, Radek w poniedziałek został przetransportowany do szpitala ortopedycznego w Poznaniu, ponieważ miał strasznie zgruchotaną rękę. Załatwiono mu to, żeby ktoś z poważniejszych lekarzy go obejrzał, bo w Międzychodzie lekarz powiedział, że prawdopodobnie utną mu tę rękę. Dodatkowo miał, któryś z kręgów w odcinku piersiowym złamany. Zwróćcie uwagę, że Radek nadal chodzi z taką blizną w okolicach łokcia, ponieważ miał rozcinaną tę rękę. Pani profesor w szpitalu w Poznaniu mu ją uratowała.

Chodził ze śrubami, dzwonił na wszystkich lotniskach przez następne parę lat, potem wyjęli mu tę śruby i funkcjonuje do dzisiaj. Ja natomiast spędziłem pięć dni w Międzychodzie. Mariusz Juskowiak wtedy spanikował i mówił, że tu dym z tyłu wylatuje i myślał, że coś się pali. Była to chyba rura wydechowa, która wpadła do kałuży i trochę się tam dymek unosił. Uznał, że koniecznie muszą mnie wynosić, a drzwi z mojej strony były zablokowane, więc musieli mnie wyjmować przez okno. Posadzili mnie na jakimś krześle. Strasznie mnie bolała kość ogonowa, mówiłem, że mam chyba jakieś złamanie, bo nie mogłem wytrzymać. Byłem przytomny, chociaż w sumie przez chwilę nie, bo ci goście, którzy mnie wyjmowali, to mówili, że byłem jakiś mocno bierny i nie reagowałem na ich słowa, ale potem przytomność odzyskałem. Nafaszerowali mnie lekami, w szpitalu wszystkie badania, prześwietlenia i te sprawy. Noga mnie też bolała, okulary mi rozwaliły nos, który zresztą mam złamany do dzisiaj, czego lekarz w Międzychodzie w ogóle nie zauważył. Kość nosową można nastawiać tylko ileś godzin po złamaniu, bo później już jest dupa blada i w związku z tym mam efektownie krzywy nos. Przez następne dwa dni to ja spałem przez te leki. Budziłem się tylko, jak rodzice przyjeżdżali. Mój ojciec, który miał taką spółkę i jeździł między Rosją, a Polską, z Moskwy do Poznania przyjechał samochodem w dwadzieścia godzin. Pytałem się, co jest z tą kością ogonową. Nie do końca chcieli mi powiedzieć, ale później okazało się, że jest złamanie kręgosłupa na odcinku lędźwiowym. Na całe szczęście, badania wykazania, że nie miałem przerwanego rdzenia. Zagrożeniem było to, że miałem wolny fragment kręgu piątego lędźwiowego, który oderwał się od kręgosłupa i przykleił się z drugiej strony przy kręgosłupie. Niebezpieczna sprawa, bo gdyby się oderwał, to mogło być coś tam nie w porządku, ale się przykleił. Lekarze uznali, że nie ma sensu nic z tym robić i mogę tak funkcjonować do dzisiaj. Poważną sprawą jeszcze było to, że miałem rozbitą śledzionę i przez pięć dni jadłem tylko kleik w szpitalu, bo nie pozwolili mi nic jeść, bo cały czas byłem szykowany do operacji, bo miałem ubytek leukocytów. Śledziona się na szczęście unormowała. W piątek przyjechał do poznańskiego szpitala, też na 28 czerwca, ale do szpitala Cegielskiego, bo moja mama pracowała w zakładach Cegielskiego. Trafiłem do bardzo fajnego lekarza ortopedy.

Tu też anegdotka. Doktor Gracz, brat Leszka Gracza, wieloletniego dziennikarza Głosu Wielkopolskiego, bardzo ceniony, w ubiegłym roku, jak urodziły mi się córki, zacząłem je nosić i tak dalej, to kręgosłup zaczął mnie trochę boleć. Mamy wykupione przez firmę pakiety medyczne w jednej z klinik i patrzę na listę dostępnych ortopedów w Lux-Medzie w Poznaniu i widzę, że jest na niej doktor Tomasz Gracz. Mówię: kurczę, on miał przecież wtedy z sześć dych, ale zapisałem się do niego, poszedłem. To był on. Obejrzał zdjęcia rentgenowskie, które miałem robione, wysłał mnie na badania, okazało się, że było wszystko w porządku.

W Międzychodzie władowali mnie w gipsowy gorset, więc wyglądałem jak żółwik. Jak przyjechał do szpitala w Poznaniu, to doktor Gracz zdecydował, że natychmiast mają mi to ściągnąć, bo w ogóle co to jest, ile kilogramów mam dźwigać. Dostałem taki gorset, to się chyba nazywa Jewetta, ażurowy, na metalowych obręczach. I tak musiałem chodzić przez pół roku. Wiecie, początek trzeciej klasy liceum, straciłem trzy, cztery miesiące. Musiałem to wszystko nadrabiać. Rodzice byli mocno spanikowani, miałem przecież siedemnaście lat, wciąż niepełnoletni.

Miał pan taką sytuację na ulicy, że ktoś pana spotkał i skrytykował lub pochwalił za tekst, którego pan napisał?

Pewnie, że się zdarza. Często są takie sytuacje, że jesteśmy wzajemnie myleni z Radkiem Nawrotem czy Grzesiem Hałasikiem, bo nosimy okulary i jesteśmy podobnej postury. Ja zresztą sportu po wypadku nie mogę za bardzo uprawiać, mogę jedynie na rowerku pojeździć, popływać i to tyle. W Brugii wyjeżdżamy ze stadionu samochodem. Radka właśnie chyba wtedy z nami nie było. Byliśmy w trójkę. Grześ Surdyk, obecny spiker Lecha Poznań, ja i ktoś prowadził samochód, bodajże jakiś dziennikarz ze strony internetowej „Kolejorza”. Przy bramie wyjazdowej spotykają nas kibice Lecha i mówią, że ci z Brugii robią na nich jakieś polowanie i czy zabralibyśmy ich do centrum. Odpowiadamy: „no dobra, wsiądźcie”. Jeden siada z tyłu obok mnie, ja miałem chyba otwartego laptopa, coś pisałem i tak zwraca się w moją stronę:

– O, redaktor Nawrot!

(śmiech)

Wiele razy z Radkiem byłem mylony. „O, redaktor Nawrot. O, redaktor Hałasik” i tak dalej.

– Nie, Henszel jestem.

– Aaa, Henszel, no właśnie, właśnie, z „Przeglądu”, faktycznie.

Wiedzą, że gdzieś dzwoni, ale nie w jakim kościele. Zdarzają się miłe, ale czasami można usłyszeć: „o, ale pan jedzie z tym Lechem”. Podobnie jest zresztą z piłkarzami.

Z Manuelem Arboledą przez ostatni rok jego pobytu w Poznaniu w ogóle nie rozmawiałem. On miał do mnie pretensje, pożarliśmy się, ja go praktycznie zlałem, a on później nie umiał unieść się honorem mimo tego że wcześniej mieliśmy między sobą rewelacyjny układ, to tak przez ostatni rok w ogóle nie rozmawialiśmy. Doszło do dwóch sporych, konfliktowych sytuacji. Nie pożegnaliśmy się nawet. Poszło tak naprawdę o pierdolę. Piłkarze są bardzo czuli na swoim punkcie.

W 2013 roku w Niecieczy, Puchar Polski. Wygrał wtedy Lech 4:0. Pojechałem z Radkiem Nawrotem i Grzesiem Hałasikiem, spaliśmy w Tarnowie w tym samym hotelu, gdzie spali piłkarze. Siedzimy, tak jak tutaj, na śniadaniu. Schodzą piłkarze, wszyscy się witają, fajna atmosfera. Stanął nade mną „Maniek” i generalnie coś, wiecie, on niby po polsku mówił okej, ale czasami jak zapędzał się za bardzo, to go nie można było zrozumieć, coś tam seplenił. Sklecił jakieś dwa zdania, jak to Grześ Hałasik do dzisiaj się ze mnie śmieje, prawie się jajecznicą zakrztusiłem, ale na dobrą sprawę nie zrozumiałem go, o co mu w ogóle chodziło. On nade mną stoi, coś tam gada i po chwili sobie poszedł. Nawet nie zdążyłem go dopytać o temat jego wywodów. Po śniadaniu poszedłem do niego, siedział w lobby hotelowym razem z Luisem Henriquezem i mówię:

– Maniek, no ale o co ci chodzi? Przychodzisz z jakimiś pretensjami, mógłbyś to wyartykułować?

– „Ja siam grałem tylko przeciwko Żalgirisowi, nie?”

– Nie grałeś sam, ale popełniłeś błąd przy bramce w Poznaniu.

– Ja popełniłem, ja popełniłem?

– Tak, uważam, że ty popełniłeś. Dobra, jak uważasz tak uważasz.

Potem poszedłem do pokoju, odnalazłem ten tekst. Relacja z rewanżu z Żalgirisem nie była bardzo długa. Głównie była o tym, że kompromitacja Lecha, wstyd, wiadomo, jak kibice reagowali. Było tam napisane, że Lech bardzo sobie skomplikował sytuacje, jak stracił gola na 0:1 i przy tym popełnił błąd Manuel Arboleda. Najpierw na środku boiska przegrywa głowę z gościem, a później nie zdążył kolejnego zablokować. Ewidentne dwa błędy w jednej akcji. Klasyczne sprawozdanie z meczu, gdzie wskazujemy winnego przy oczywistej sytuacji. O to na mnie obraził Manuel Arboleda. Doszło do jeszcze paru takich sytuacji. Nagle dla niego okazało się problemem to, że wpisywaliśmy w teksty jego pensję, mimo tego, że wcześniej robiłem to wielokrotnie i nie miał nic przeciwko. Zarabiał wtedy 420 tysięcy euro rocznie. Dorwał mnie kiedyś na Bułgarskiej i mówi.

– Ty ciągle musisz wpisywać, że zarabiam tyle pieniędzy. Ciebie nie stać na takie pieniądze…

– Nie, nie zarabiam takich, ale ty takie zarabiasz, a grasz ostatnio słabo, więc nie widzę problemu, żeby napisać, ile zarabiasz, a poza tym jak mamy taką wiedzę jako dziennikarze, to piszemy.

– No właśnie, no właśnie. Ja tutaj zarabiam, to są moje pieniądze i do portfela w ogóle nie powinieneś mi zaglądać.

– Okej, nie muszę ci zaglądać do portfela, ale kibice mają prawo wiedzieć, ile zarabiasz.

Ludzie lubią liczby, finanse, lubią dowiadywać się za ile piłkarz przychodzi, odchodzi, ile zarabia i tak dalej. Oczywista robota dziennikarska. Z Lechem żegnał się tak, że trzaskał drzwiami, jak prezesi mu przekazali informację, że nie będzie z nim przedłużony kontrakt, bo on liczył na to, że jeszcze tu zostanie i zakończy karierę. Pożegnanie przebiegało w niezbyt ciekawy sposób. Dostał owację na stadionie od kibiców, bo na nią zasłużył, był naprawdę ważnym piłkarzem Lecha przez trzy, cztery sezony, ale potem wszystko się rozmyło. Ten ostatni sezon nie był taki dobry.

Piłkarze zawsze mają pretensje, to możecie być pewni, o noty jakie dostają podczas meczu. Tutaj kosa już była kilka razy. Kuba Wilk, który jest poznaniakiem, pamiętam go jak wchodził do zespołu, do tego znamy się, lubimy, wiele razy rozmawialiśmy… nie gadał ze mną bodajże przez cztery miesiące, bo dostał „czwórkę” albo „trójkę”. Zasłużył to dostał. Takie podejście. Ja potrafię abstrahować od tego, że kibicuję, że się z nim znam, że jest to człowiek z którym zrobiłem n-wywiadów, ale jak trzeba skrytykować na łamach, to po to jestem dziennikarzem, żeby zwracać na to uwagę. Kuba jednak jest na tyle porządnym gościem, że chyba zrozumiał swój słaby mecz, przeszło mu i potem mieliśmy bardzo fajny kontakt. Jak był w Żalgirisie to dzwoniłem do niego, robiłem z nim rozmowę o Lechu, potem w Rumunii pamiętam jak był to też rozmawialiśmy. Nie ma tutaj żadnych problemów.

Bartka Ślusarskiego też znam od małego, robiłem z nim wywiad po jego debiucie w ekstraklasie, w drugim meczu strzelił zwycięskiego gola przeciwko Amice i ściągnął koszulkę, dostał drugą żółtą kartkę i został wyrzucony. Popłakał się, że zawalił Lechowi mecz, a oni ostatecznie wygrali ten mecz. Kilka lat później jak już wrócił do „Kolejorza” była pewna sytuacja na meczu w Bielsku-Białej. Byłem na tym meczu, ale go nie relacjonowałem, bo mam taką żelazną zasadę, że jak jest korespondent na miejscu, to korespondent robi. Ja nie wtryniam się komuś, jak poprosi o pomoc, to pomogę. Ślusarski został wybrany wtedy anty-bohaterem meczu, już nie pamiętam z jakiego powodu. Poszła ramka przy relacji z tym, że anty-bohater i pięćset, sześćset znaków, co tam zawalił w tym meczu. Następnego dnia był trening w Poznaniu. Oni sobie tam trenują, grają w dziadka, piłka mu gdzieś odskoczyła, ja stałem obok i też miał do mnie pretensje. Uświadomiłem go, że ja tego nie napisałem, a po drugie dziennikarz ma prawo do opinii i wytłumaczyłem mu, jak wygląda sytuacja. Też potrafił się zachować, kulturka człowiek. Jak Lech zdobył wicemistrzostwo w tamtym sezonie, gdzie miał pretensje, ostatni mecz, w mix-zonie wziął mnie na bok, mimo tego że już mnie przepraszał wcześniej, to przeprosił mnie kolejny raz i nie ma żadnych pretensji. Tylko Maniek niestety uniósł się honorem.

Ze śmiesznych sytuacji to też miałem w Poznaniu coś takiego, że Lech grał w Poznaniu z GKS-em Bełchatów i kompletnie nigdy nie znałem piłkarza, który nazywał się Tomek Wróbel. Nie miał z nim nigdy do czynienia. To był przedostatni mecz Bakero w Poznaniu, który Lech przegrał 0:1, potem pojechał do Chorzowa i przegrał 0:3. Mecz był w piątek o dwudziestej i pomagał mi jeden z młodych dziennikarzy. Podzieliliśmy się tak, że on robił boisko, a ja tekst. Dziennikarz, który robił relacje nie był podpisywany, tylko ten, co pisał tekst. Wszystko robiło się na gwizdek, bo dziesięć minut po zakończeniu meczu był deadline, gdzie gazeta miała już iść do drukarni. Bełchatów strzelił gola w 87. minucie, więc faktycznie może niektórzy piłkarze zasłużyli na wyższe noty. Wróbel dostał notę cztery lub pięć i faktycznie nieźle grał, miał asystę przy bramce Dawida Nowaka. Dostał ocenę, która uznawana jest u nas za przeciętną. Nie znałem go całkowicie. We wtorek, kilka dni później, wyświetla mi się numer. Odbieram.

– Dzień dobry, czy Maciej Henszel?

– Tak, a o co chodzi?

– Dzień dobry, Tomek Wróbel, pomocnik GKS-u Bełchatów.

– Bardzo mi miło, w czym mogę pomóc?

– Panie Macieju, ja mam takie pytanie, bo my tutaj graliśmy w piątek przy Bułgarskiej z Lechem. Wygraliśmy 1:0 i co ja bym musiał zrobił, żeby w tym meczu dostać chociażby szóstkę?

(śmiech)

Pełna kulturka. Ja mu też wytłumaczyłem, żeby mnie zrozumiał, mecz, końcówka, ciężko było ingerować już w noty. Działamy w określonych sytuacjach, stresie, presji czasu i zdarza się takie coś. Jakbym mógł je wystawić na spokojnie, to byłyby one zdecydowanie inne niż takie na gorąco podczas meczu, gdzie oprócz oglądania, muszę się też skupić na pisaniu relacji. Chcę, żeby ligowcy zrozumieli, że pracujemy w określonych warunkach i nie jest nas na meczu pięciu, że każdy ogląda dokładnie jeden zespół i wystawia noty, tylko jest tak, że ja wystawiam noty, piszę relację, staram spoglądać na boisko i tak dalej, więc te noty nie zawsze będą odpowiadać rzeczywistości. Tomek doskonale to zrozumiał, pogadaliśmy sobie bardzo miło i tyle. On nie miał pretensji, tylko zadzwonił z takim tekstem, „co musiałby zrobić”, bo uważał, że grał lepiej niż przeciętnie. Tak bywa. Takie są sytuacje z piłkarzami.

Za starych czasów, kiedy brakowało profesjonalizacji i Lech spadł do drugiej ligi, a dotarcie do takich miejscowości jak Kietrz, Gorzyce i tym podobne, nie było takie łatwe, a układ z ludźmi pracującymi w klubie, zwłaszcza z piłkarzami, że ja zabierałem się z nimi na mecze autokarem. To też nie wpływało na nasze wzajemne relacje. Daję przykład. Jakiś mecz wyjazdowy. Paweł Wojtala w sezonie, kiedy Lech robił awans do ekstraklasy, siedział za mną w autokarze. Sezon 2001/2002, nie było wtedy jeszcze laptopów, więc mecz musiałem relacjonować telefonicznie do redakcji. Paweł wówczas zawalił bramkę w jakiejś konkretnej sytuacji. Ja relacjonuję mecz, nagle wychyla się za mną Wojtala.

– Jak napiszesz, że popełniłem błąd, to cię zabiję

Ja dla jaj mówię przez telefon, dyktując ten tekst, Jacek Łuczak odbierał wtedy ode mnie relację.

– Błąd popełnił Paweł Wojtala, daj kreskę do cytatu: „jak tak napiszesz, to cię zabiję”.

(śmiech)

Paweł zaczął się śmiać, mówi: „spoko, żaden problem”. Nie miał żadnych pretensji, oczywiście zażartował. Z piłkarzami jest zawsze tak. Jak dobrze o nich napiszesz, to w ogóle nie powiedzą: „o, fajnie, że nas chwalisz”. Wystarczy, że raz napiszesz źle, to możesz być pewny, że będzie reakcja. Tak to działa.,

Znalezione obrazy dla zapytania maciej henszel

W internecie, zwłaszcza na Twitterze, sporo jest anonimów, zmyślonych kont. Uważają się za takie bożyszcza. Miał pan wtedy taką jedną nieprzyjemną sytuację, że ktoś zarzucił panu branie pieniędzy od Lecha. Zabolało to Pana?

Mnie można obrażać. Jak ktoś jedzie za bardzo, to kogoś zablokuję. Zablokowałem kibiców Legii, kibiców Lecha, zdarza się. Jest sporo kibiców Legii na Twitterze, z którymi można normalnie, fajnie porozmawiać. Tak jak w każdej grupie, nie brakuje niestety świrów. W tej sytuacji musiałem jednak zareagować inaczej. Uznaję się za człowieka uczciwego i człowieka, który absolutnie przez dwadzieścia pięć lat nie ma sobie nic do zarzucenia jeśli chodzi o kwestie korupcyjne, łamania etyki dziennikarskiej czy tym podobne. Jeżeli dostaję zarzut, że biorę pieniądze od Lecha za to, żebym o Lechu dobrze pisał albo za to, że piszę felietony na stronę Lecha i dostaję za to kasę, to muszę zareagować, bo nie pozwala mi na to honor i moje podejście do zawodu dziennikarza. Chcę, żeby to janekx89 zrozumiał. Szanuję gościa. Nie wnikam w to, próbują w to wszyscy wnikać, mnie na dobrą sprawę w ogóle to nie interesuje, zdarza się mu mieć w wielu przypadkach bardzo dobre informacje transferowe i ok, skąd je zdobywa, czy ma jakieś układy z kolegami menadżerami, czy sam jest menadżerem, czy grał w piłkę i ma dużo kolegów… to jest nieistotne. Ważne, że ma informacje, sprawdzają się w dużej mierze i szanuję go za to. Nie pozwolę sobie jednak na obrzucanie mnie błotem i twierdzenie, że dostaję od Lecha pieniądze. Chcę to jasno podkreślić. Nigdy w życiu od Lecha nie dostałem ani złotówki. Oficjalnie, co można sprawdzić w moich zeznaniach podatkowych. Od razu powiem, bo zaraz ktoś powie, że pod stołem dostałem. Nie, pod stołem też nic nie dostałem. Obrzydliwe są dla mnie takie sytuacje. To nie jest tak, że my mamy jakiś zakaz w redakcji. Dla przykładu, tak jak koledzy radiowcy. Oni mają umiejętność operowania głosem, dostają różne propozycje i widzieliście, jak Krzysiek Ratajczak czy Grześ Hałasik prowadzili różne imprezy, gale związane z Lechem, typu prezentacja drużyny i oczywiście dogadują się z klubem i na tym zarabiają. Wystawiają fakturę i dostają za to pieniądze. Nie widzę w tym problemu, żeby oni nagle mieli mieć inne podejście, bo Lech dał im zarobić.

Zadzwonił do mnie kiedyś Łukasz Borowicz, że chcą stworzyć takie grono związane z klubem: dziennikarzy, byłych piłkarzy, trenerów, kibiców, osób związanych przez lata z Lechem, którzy mogą fajnie anegdotki i historie opowiadać, pisząc felietony i czy raz na jakiś czas mógłbym taki felieton napisać. Nie utrudnia mi to pracy dziennikarskiej. Najpiękniejsze jest to, że kiedy Łukasz do mnie dzwonił i pyta się, czy napisałbym w tym tygodniu „Jeden klub, tysiąc historii”, bo kółeczko zatoczyliśmy i teraz twoja kolej, odpowiedziałem mu, że dobra, wieczorem usiądę i napiszę, podałem, że tekst można opublikować w sobotę o 10, on potem dzwoni w piątek wieczorem i mówi.

– Jak tam ten felieton, bo mamy ustawionego go na jutro i na 10 powinien być?

– Ja pierdolę, Łukasz, no cały tydzień nie miałem czasu do niego przysiąść.

I wiecie, ja siadam o tej dwudziestej drugiej, jestem w chacie i napiszę go w czterdzieści minut. To jest cała moja robota. To nie jest takie bardzo pochłaniające. Miałem na to zgodę. Napisałem do Michała Pola, który był wtedy szefem newsroomu i nadal tam pracuje, ale teraz już w innej roli i nie miał nic przeciwko. My w umowie mamy zaznaczone, że mamy zakaz świadczenia usług konkurencji, natomiast trudno, żeby klub piłkarski był naszą konkurencją. Co więcej, nadal mogę współpracować bez przeszkód z Radiem Merkury, a współpracuję już z nimi od siedemnastu lat. Kiedyś bardzo mocno, teraz już trochę mniej, bardziej tylko komentując mecze. Moja redakcja nie widzi w tym żadnego problemu. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, od ubiegłego roku dostałem propozycję prowadzenia biura prasowego turnieju tenisowego Poznań Open, bo zależało im na tym, żeby to fajnie wyglądało na stronie internetowej i tak dalej. Będąc fair jednak wobec mojej redakcji, biorę wtedy wolne w Przeglądzie Sportowym. To jest cała tajemnica, jeśli chodzi o moją sytuację z Lechem.

Do pewnego stopnia jestem cierpliwy i wyrozumiały. Wielu kibiców wie, że bardzo szybko złość mi mija i przechodzę do porządku dziennego nad tym, że komuś wymsknie się o kilka słów za dużo, ale w przypadku „janka” musiałem zareagować. Wyjaśnię mu jeszcze jedną rzecz, ponieważ zagroziłem mu wtedy, że podejmę kroki prawne i rozmawiałem na ten temat z prawnikiem, bo mamy dział prawny w gazecie. Napisałem do nich maila, odpisali mi, żebym nakreślił im sytuacje i nie zrobiłem tego. Widziałem, że „janek” odpisywał potem różnym osobom, że miał groźbę tego, że sytuacja skończy się w sądzie, a jednak się nie skończyła, co znaczy, że miał rację. Chcę podkreślić, że nie miał racji, tylko po prostu trafił na człowieka jak ja, któremu bardzo szybko przechodzi złość na ludzi, bo jestem raczej z tych, chcących godzić się z ludźmi, niż z nimi wojować i być w strasznym konflikcie. Przeszło mi to i postanowiłem, że zostawiam tę sprawę. Sprawa żyła tylko na Twitterze. Nie było tak, że żyli nią dziennikarze w Przeglądzie. Napisałem list otwarty na redakcyjnego maila do kolegów w Warszawie wyjaśniając im całą sytuację o co dokładnie chodziło i czy faktycznie jest tak, że żyją moim tematem w redakcji. Odpisało mi kilka osób, że absolutnie nie ma takiego tematu i mają poważniejsze tematy, jak na przykład zajmowanie się gazetą niż dyskusjami nad tym, co dzieje się na Twitterze.

*Obok stolika, gdzie rozmawialiśmy z Maciejem Henszelem przeszedł fotograf Lecha Poznań, Adam Ciereszko.

– Tak, zgadzam się z tobą, Panie redaktorze.

– Dziękuję bardzo, wybitny fotoreporterze. (śmiech)

Szanuję „janka”, ale pewnych spraw nie można przeginać.

Zdarzyło się Panu, że kluby ingerowały w to, co pan publikuje?

Normalna… no w sumie nienormalna rzecz. Nie ingerowały w takim sensie, żeby czegoś nie publikować, ale na przykład w Lechu kilka lat temu był taki okres, że następnego dnia rano, cokolwiek napiszę, odbiorę telefon od ówczesnego dyrektora sportowego Marka Pogorzelczyka, który mi powie, co to za bzdury o nich wypisuje. Zawsze byłem rano na to przygotowany. Budziłem się i sobie mówiłem, kiedy ten telefon w końcu zadzwoni. Oczywiście dzwonił za chwilę, mimo tego że rozmowa kończyła się przyjemnie, to zaczynała się nieprzyjemnie, że jakieś bzdury i tak dalej.

Jeśli chodzi o obecną sytuację to oczywiście, zdarza mi się czasem, że zgryźliwie coś skomentują, że „aaa, redaktor coś tam”. W środę (dzień przed meczem z FK Pelister – przyp. red.) byłem na Bułgarskiej i Piotrek Rutkowski mówi.

– Co wy tam z tym tytułem na jedynce, że Lech słabnie.

– Tak ustalił redaktor, no i tak poszło.

– No widzisz, trochę mi się to kłóciło z Twoim tekstem, że na 2-3 stronie było o Gytkjaerze i innych transferach…

Nie mogę stanąć zdecydowanie po stronie klubu i uznać, że Lech miał rację z tym tytułem i muszę przejść nad tym do porządku dziennego. Nie jest tak, że w Lechu mówię im, jaki tekst opublikuję następnego dnia, a oni mi mówią, żebym napisał tak i tak. Nie, bez przesady. To, że w ostatnich latach ta współpraca, jeśli chodzi o biuro prasowe wygląda bardzo dobrze i nie mogę narzekać. Są mniej upierdliwi w kwestii autoryzacji niż cztery, pięć lat temu. Zdarzyła się taka sytuacja, że zrobiliśmy wywiad z Mateuszem Możdżeniem tuż przed jego odejściem z Lecha, gdzie Mateusz dość ostro pojechał z trenerem Rumakiem, powiedział sporo ostrych słów na temat klubu. Wywiad robiliśmy z Mateuszem Skwierawskim, który teraz pracuje w Wirtualnej Polsce. Wysłaliśmy tekst do autoryzacji i dostaliśmy wywiad całkowicie zmieniony. Zostały pojedyncze zdania, a pozostałe były albo wygładzone albo usunięte. Inny wywiad. Wkurzyliśmy się bardzo, zadyma z Lechem, co oni sobie wyobrażają, że piłkarz nie może powiedzieć paru zdań. Było już późno. Odesłali nam około osiemnastej, deadline około dwudziestej pierwszej. W redakcji była pierwsza decyzja, że puszczamy naszą wersję i napiszemy na dole, że wywiad jest nieautoryzowany, ponieważ autoryzacja z Lecha spowodowała, że tekst został całkowicie zmieniony, my mamy nagranie i tak piłkarz nie powiedział. Nawiasem mówiąc, Mateusz nam zresztą powiedział, że on nie miał nic przeciwko, żeby to było publikowane w takiej formie. Ostatecznie poszła forma po autoryzacji, puściliśmy ten słaby wywiad, bo mieliśmy określone miejsce już na ten tekst, ciężko już było w godzinach deadlinowych z tego wybrnąć. Tylko sprawa techniczna o tym zdecydowała.

Przyszedł trener Skorża do Lecha z tymi legendami dotyczącymi Weszło i tego, że z wywiadu na dwadzieścia sześć tysięcy znaków zostawił na dwanaście tysięcy i Weszło tego nie puściło, zostały tylko fragmenty. Inni dziennikarze zaś marudzili, że Skorża tak ingeruje w te wywiady i tak dalej. Ja robiłem z nim pierwszy wywiad i powiedziałem o tym, czy możemy sobie zaufać, porozmawiamy, ja to spiszę i trener odpowie czy jest wszystko w porządku i czy w końcu puścimy faktycznie taki wywiad, jaki był naprawdę.

Ogólnie, mówię też studentom, że autoryzacja powinna być w Polsce zniesiona, na wzór niemiecki, brytyjski, jest dużo możliwości.

Trener Skorża się na to zgodził i faktycznie w  wywiadach, które z nim robił przez okres jego pracy, nie pozmieniał praktycznie nic. Szły wywiady w takiej formie, w jakiej zostały przeprowadzone. Przekonał się chyba do tego, żeby ufać dziennikarzom, bo ostatnio widziałem, jak Sebastian Staszewski chwalił się, że mu niewiele zmienił w autoryzacji, jak został trenerem Pogoni. Zrozumiał chyba to również Lech, który także coraz mniej ingeruje w wywiadu. Tak jak cztery, pięć lat temu była masakra, to teraz jest w porządku. Chcą autoryzacji, ale wielkiej ingerencji nie ma.

W jednym przypadku Skorża uznał, że się zagalopował i wyrzucił bardzo ciekawą anegdotkę przy Lechu Poznań, kiedy zdobył mistrzostwo. Zrobiliśmy wywiad na świeżo po zdobytym tytule, kilka dni po fecie. Zapytałem go, czy był taki moment, kiedy przestał wierzyć w to mistrzostwo. Sytuacja była słaba, Legia prowadziła. Powiedział, że miał taki moment zwątpienia po meczu z Zawiszą w Bydgoszczy. Arnaud Djoum otrzymał szybko drugą żółtą kartkę, w konsekwencji czerwoną, 0:1, porażka z Lechem Rumaka na dodatek. Siedzieli w szatni po meczu, zdążyli chyba wrócić już do Poznania, bo nie wydaje mi się, żeby było jacuzzi na stadionie w Bydgoszczy. Skorża siedział z całym sztabem szkoleniowym w tym jacuzzi.

– „Panowie, wydaję mi się, że jest już po herbacie, mistrzostwo poszło…” W pewnym momencie zwróciłem się w stronę drzwi i zobaczyłem Dawida Kownackiego. Nie wyobraża Pan sobie, jaką żałość można było wyczytać w oczach tego młodego chłopaka, który usłyszał, ze trener przestał w nich wierzyć i uznał, że było już po wszystkim.

Żal mu się zrobiło, „Kownaś” szybko się ulotnił. Potem zdobyli to mistrzostwo i wszystko fajnie się zakończyło, ale sytuacja z psychologicznego punktu widzenia. Nie spodobała się Skorży jednak ta historyjka i to był jedyny przypadek, że uciął taką bardzo fajną historię, pokazującą jak rodziło się mistrzostwo Lecha.

A jak to było w końcu z tym Kostewyczem? Wszyscy wiedzieli, nikt nic nie napisał.

O niektórych transferach wiemy nieco wcześniej. To nie jest też tak, że ktoś mnie prosi żebym nie pisał. Nie na tym polegała sytuacja. Problem jest inny. Wiedzą to u mnie w redakcji, wie to moje szefostwo i też to tłumaczyłem w mailu pisanym do moich redakcyjnych kolegów. Redakcja nie miała do mnie żadnych pretensji o moją pracę, o moje zaangażowanie i dostarczanie newsów. Co do nazwisk, które pojawiają się wokół Lecha, to ja ich słyszę bardzo dużo.

Lech od dłuższego czasu stara się wytropić osoby z klubu, które wynoszą różne informacje. Jest bardzo czuły na tym punkcie. Kryją wszystkie rozmowy transferowe, nie komentują plotek. Taką zasadę mają i działają zupełnie inaczej niż na przykład Legia Leśnodorskiego. Zwróćcie uwagę, że Legia Mioduskiego zaczyna działać w podobny sposób, jak Lech Poznań, czyli pewnie prowadzą jakieś rozmowy z potencjalnymi piłkarzami, ale działają po cichu. Nie jest tak, że wszyscy dziennikarze od razu wiedzą, nie jest tak, jak było za czasów Leśnodorskiego, gdzie rozlewało się to info po całym internecie. On lubił show, dla niego ważne było to, żeby się kręciło wokół Legii, żeby ustawiać się zawsze w kontrze do Lecha, wbić szpileczkę czy podać parę newsów transferowych. Tak kręciła się karuzela. Był kochany przez kibiców, bo mieli prezesa, który zawsze stawał po ich stronie.

Jak się pyta prezesa Klimczaka czy prezesa Rutkowskiego, czy zawitają na Twittera to jasno odpowiadają, że nie, bo to nie jest ich styl działania. Są bardzo czuli jednak na temat wychodzenia rozmów z piłkarzami. Od dłuższego czasu próbują tropić osoby, które wynoszą takie informacje. Zdarza się, bo już tego doświadczyłem, że wypuszczają fejki. To znaczy, mówią, żeby zlokalizować źródło przecieku, to poszczególnym osobom mówią o różnych piłkarzach. Oczywiście, mogli interesować się danym piłkarzem, ale już wiedzą od kilku miesięcy, że to nie będzie temat, który będą realizować. Wypuszczają to i sprawdzają, gdzie to wycieknie.

W przypadku Kostewycza była taka sytuacja, że dostałem informację i wiedziało o tym bardzo wąskie grono w klubie. Rozmawiałem na ten temat około osiemnastej – około dwudziestej miał on lądować –  z Radkiem Nawrotem. Pytałem czy on wie. Szczerze pogadaliśmy. Byłem proszony o sprawdzenie od osoby, od której wiem. Rozmawialiśmy, że może mamy to samo źródło. Gdybyśmy to opublikowali, to mogliśmy zaszkodzić naszemu informatorowi w klubie. Siatka informatorów jest bardzo ważną rzeczą dla dziennikarza. Radek mówił, że doraźnie możemy mieć newsa, ale komuś zaszkodzimy, a przyszłościowo może być z niego dobry informator. Zgodziliśmy się na taką wersję.

Zacząłem dojrzewać po tamtym na Twitterze, żeby ludzie cokolwiek zrozumieli, trzeba pisać im wprost. Dlatego też, jak teraz jestem pytany na przykład o transfer Robaka to odpowiadam wyraźnie, że nie wiem i często stosuję taką metodę, żeby nie było niejasności. I nie skłamię tak pisząc, bo faktycznie nie mam pojęcia, dokąd Robak trafi. Tam za bardzo zabawiliśmy się w ściemnianie w takim kontekście, że „wiemy, ale nie powiemy”. Jedyny błąd i posypuję głowę popiołem. Przestaję stosować taką taktykę. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia jeśli chodzi o informacje z Lecha. Przez dwadzieścia pięć lat poinformowałem o wielu transferach jako pierwszy i nie wypinam teraz nagle piersi do orderów, ale nie mam też z tym problemów, że ktoś mnie wyprzedzi. Adam Dawidziuk też u was o tym powiedział, że szybkość newsów kłóci się z rzetelnym dziennikarstwem. W dzisiejszych czasach, zobaczcie, jak pojawia się jakieś nazwisko związane z Lechem, to mimo tego że on nawet nie przychodzi, to jest ono przez kibiców wałkowane przez kilka tygodni. Nie podawać bzdur, nie podawać informacji, które nie ma szans, żeby zostały zrealizowane. Postanowiłem nie bawić się tak, jak było w przypadku Kostewycza. Cisza jest najlepsza w takiej sytuacji, a przemawiamy na łamach.

Sytuacja z Barkrothem. Mateusz Borek napisał ten cały „brejking”. Ja natomiast dostaję informację od informatora czterdzieści minut wcześniej, że grany jest Barkroth i chyba przyleci on dzisiaj do Poznania. Nagle widzę, że Mati wrzuca o Legii. No ja mówię: ja pierdolę, nagle Lechowi ujebał się gość, że ja dostaję info, a Mati, że do Legii. Chwytam za telefon i zaczynam dzwonić do różnych osób. Wyszło na to, że Barkroth był pewny do Lecha i nie ma co czekać na to, żeby wrzucić tekst do internetu i o wszystkim poinformować.

Ja zawsze kalkuluję, tak jak było w przypadku Bednarka, czy przeczekać dany temat czy puścić następnego dnia do gazety, może nie wyjdzie wcześniej w internecie i będziemy mieć newsa w gazecie i ja mam wtedy temat zgłoszony. Dziennikarz powinien dzisiaj umieć kreować tematy, nie mieć problemu, żeby dany temat wymyślić. Zawsze u nas w redakcji powtarzają, że chyba nie ma żadnych kłopotów z tym, żeby w tygodniu zgłosić 8-10 tematów z danego klubu. Niektórzy mają z tym problem. Ja też to podkreślam młodym na zajęciach. Mówię: słuchajcie, kreowanie to jest najważniejsza sprawa. Napisać newsa, to mówiąc kolokwialnie można uczyć powoli małpki w zoo, bo napiszą tekst na tysiąc znaków. Podaję skrajny przykład, bo jak dostaniesz temat, to potrafisz o tym napisać. Nie po to mamy język polski w szkole podstawowej i średniej, żeby nie umieć po polsku złożyć kilku zdań. Tak jak mówię, w przypadku dziennikarzy najważniejsze jest kreowanie. To, żeby mieć głowę pełną pomysłów i umieć wykreować temat z daną dziedziną jaką się zajmujemy, w tym przypadku z Lechem Poznań. Zdarza się taki okres, że jest taki martwy okres i ja też trochę jestem zmęczony tym, co dzieje się w danym czasie i pojawia się jakieś nazwisko. Mówię: lecimy z tym od razu do internetu czy puszczamy do gazety czy co robimy. To nie jest tak, że ja kitram jakiegoś newsa, bo mnie ktoś o to w Lechu poprosi, bo mam jakiś układ czy coś takiego.

Wasz kolega zadał pewne pytanie Adamowi Dawidziukowi o tę sytuację. Wkurzyłem się trochę i napisałem na Twitterze, że spuszczam zasłonę milczenia. Nasze nazwiska zostały wymienione, czy można być kibicem i tak dalej. Potem nagle pada pytania i Adam Dawidziuk się do tego odniósł, wytłumaczył to, ale zostało mu tak zadane pytanie. Adam nie znał też kontekstu całej sytuacji, powiedział oczywiście, że to jest naganne, że nie powinno tak być w ogóle, ale też, że sam też miał wiele takich sytuacji w karierze dziennikarskiej. Ja też pewnie mam takie sytuacje, niekoniecznie z klubu, ale z ludźmi z którymi rozmawiam na temat transferów, mówi: „słuchaj, dwa dni byś to przetrzymał, bo wiesz, to się jeszcze rozgrywa, ktoś musi jakiś papier przysłać” czy tym podobne. Było też drugie pytanie. Jak ocenia to, że tak jak dzieje się w Lechu i podaje właśnie przykład Kostewycza, gdzie dziennikarze zostali poproszeni o to, żeby nie pisać informacji. No nie, źle zadane pytanie, bo nie było takiej sytuacji i właśnie dlatego teraz wam tłumaczę całą tę historię z Kostewyczem, dlatego też bez problemów się z wami umówiłem na tę rozmowę mimo napiętego czasu, bo trzeba takie sytuacje wyjaśniać i żeby ludzie zrozumieli. Poszła w ogóle jakaś fama, że była zmowa milczenia na ten temat. Nie było zmowy milczenia i nie ma takiej zmowy milczenia dotyczącej Lecha. Może być taka sytuacja, że ja pytam oficjalnie w klubie o konkretnego piłkarza, mi odpowiadają, że faktycznie ktoś taki przyjeżdża i mówią, że puszczają to za dwie godziny, to proszą mnie, czy mogę to puścić o tej samej porze, bo oni nie mają napisanego tekstu czy coś takiego. Zdarzyły się takie sytuacje, przymknę na to oko, nie będę się ścigał. Każda sytuacja transferowa jest inna. Nie można tego wszystkiego wrzucać do jednego wora. Nie ma żadnych układów. To, że mamy dobre relacje i bardzo często rozmawiamy, widzimy się z tymi ludźmi ze względu na naszą pracę, nie oznacza, że my mamy z nimi jakiś wielki układ. Jeśli uważacie, że prezes Klimczak i prezes Klimczak dzwoni do mnie codziennie i codziennie rozmawiamy, to jesteście w błędzie. Mają oni mój numer telefonu, ale prezes Rutkowski jest taki, że nie rozmawia w ogóle przez telefon z dziennikarzami i nie zdarzyło nam się przez tyle lat rozmawiać przez telefon. Prezes Klimczak ma mój numer wbity i faktycznie zdarzyło nam się trzy razy w ciągu, że zadzwoniłem do niego, bo jest sytuacja wymagająca szybkiego potwierdzenia czy zaprzeczenia i rozmawialiśmy. Na dobrą sprawę jednak z prezesami umawiam się tylko przez rzecznika. Nie jest tak, że my wydzwaniamy do siebie, jesteśmy najlepszymi kolegami i prezes mi mówi „redaktorze, nie, nie, o tym to nie pisz”. Nie ma w Poznaniu takich dziennikarzy, którzy mają takie układy z zarządem, którzy rozmawiają sobie z nimi kiedy chcą i ustalają co mają publikować, a co nie.

Rozmawiali: Łukasz Rabiega oraz Mikołaj Kortus

WARTO PRZECZYTAĆ