Sarki: „Nie miałem chęci do życia, a co dopiero futbolu” [WYWIAD]

Krzysztof Pulak Kategorie: Główne  Wywiady Tagi: , ,

Co spowodowało, że jako dzieciak wpadł w złe towarzystwo? Jak futbol uratował go przed degeneracją? W jaki sposób sierota z Nigerii znalazła się w szkółce Chelsea? Co powiedział o nim Jose Mourinho? U którego znanego piłkarza „The Blues” jadł obiady? Czym oczarował Jacka Bednarza, że ten przeforsował jego transfer do Wisły Kraków? Których miejsc w małopolskim mieście się najbardziej bał? Zapraszamy na długi wywiad z byłym graczem „Białej Gwiazdy”, Emmanuelem Sarkim.

Co porabiasz w ostatnim czasie?

Niedawno wróciłem po krótkiej przerwie do Krakowa. Szukamy mi klubu do spółki z moim menadżerem. I mam nadzieję, że szybko się uda.

Masz jakieś preferencje, jeśli chodzi o wybór klubu?

Mój agent rozmawia z kilkoma zespołami w Polsce. Nie wiem dokładnie z jakimi, nie mogę ci tego teraz dokładnie powiedzieć, ale oprócz tego kontaktowała się z nim także drużyna z Belgii.

Często można było cię spotkać przez kilka ostatnich miesięcy na „Orlikach” w Krakowie. Trenujesz tam z przyjaciółmi?

Obecnie już mniej czasu tak spędzam, od powrotu siedzę w domu w Niepołomicach.  Jest tutaj cicho i przyjemnie, wiele miejsc w lesie, gdzie można swobodnie pobiegać. W weekendy rzeczywiście można mnie zobaczyć w Krakowie, ale podczas normalnych dni tygodnia siedzę tutaj i trenuję, tak żeby ludzie mi w tym nie przeszkadzali.

Puszcza Niepołomice dopiero co awansowała do I Ligi. Może to jest twoja szansa?

Wiem o tym, zresztą mam jednego przyjaciela w tym zespole, Longina (Longinus Uwakwe – przyp. red.). Raz nawet z nim o tym gadałem, ale dopiero co wróciłem wtedy z Cypru i okienko transferowe było zamknięte, więc musiałem czekać do następnego. Tak czy inaczej, naprawdę nic więcej na ten temat nie mogę powiedzieć, mój menadżer dla mojego dobra nie mówił mi jeszcze z którymi klubami negocjuje.

Widziałem twoją aktywność na Instagramie i w ostatnich dniach wrzucasz dużo archiwalnych zdjęć z czasów gry w Wiśle Kraków. Jak wspominasz ten okres?

To były wspaniałe chwile. Zawsze będę za nie dziękował Bogu i … Jackowi Bednarzowi. To były prezes „Białej Gwiazdy” był gościem, który we mnie naprawdę uwierzył i pomagał mi od samego początku. Tak samo zresztą jak kibice Wisły. Bardzo mnie wspierali i podnosili moją pewność siebie. Mówili, żebym się nie bał w Krakowie. W zespole też miałem wielu wspaniałych kolegów: Cwetan Genkow, Łukasz Garguła, Kew Jaliens, Marko Jovanović, Gordan Bunoza, Ivica Iliev. Mógłbym tak długo wymieniać, bardzo mi pomogli w aklimatyzacji.

Powiedziałeś przed chwilą: „żebym się nie bał w Krakowie”. Są jakieś szczególne miejsca, gdzie wizyta mogłaby się dla Ciebie za dobrze nie skończyć?

Czasami nie za bardzo mogę iść na Kazimierz czy do Nowej Huty. Fani Wisły jednak od razu po przyjściu tutaj zapewnili mnie, żebym nie miał żadnych obaw i powiedzieli: ”Jesteś naszym zawodnikiem. Gdy będziesz miał jakiś problem, po prostu do nas zadzwoń i rozwiążemy go za ciebie”. Teraz mam już mniejszy problem, by coś zjeść z narzeczoną na Kazimierzu.

W jednym starym wywiadzie powiedziałeś, że twoim domem jest Amsterdam.  Czy to się zmieniło?

Hmmm. Powiedziałbym, że Kraków to dla mnie dom , a Amsterdam „hometown”.

Widziałem jeden twój zabawny post na Instagramie, gdy trenujesz bieg w ogrodzie. Semir Stilić skomentował, że są to typowe ćwiczenia trenera Smudy. Jak wspominasz byłego selekcjonera reprezentacji Polski?

To człowiek zdyscyplinowany.  Zawsze mówił, że jego piłkarze muszą bardzo ciężko trenować. Teraz, gdy chcę zwiększyć szybkość swojego biegu lub inne fizyczne umiejętności, przypominam sobie jego ćwiczenia. Stałem się pod jego skrzydłami bardziej dynamicznym zawodnikiem.

Mówił, że tworzycie z Donaldem Guerrierem w Wiśle „dom wariatów”. Robiliście aż tak szalone rzeczy?

Nie, ponieważ respektowaliśmy wszystkich w klubie, począwszy od kibiców przez sztab szkoleniowy po zarząd. Wydaje mi się, że mówił bardziej o sytuacjach boiskowych. Czasami kazał nam coś zrobić, a my tego nie wykonywaliśmy. Wiesz, jestem piłkarzem. I tak, słucham trenera w 95%, ale pozostałe 5% zostawiam sobie na improwizację i pokazanie swoich piłkarskich umiejętności. A czasem na odpoczynek (śmiech). Franciszek Smuda był szkoleniowcem starej szkoły i nie podzielał tych poglądów, mimo że wykonywałem te  95% jego poleceń. Natomiast kiedy przyszedł Kazimierz Moskal, od razu powiedział tak: „Nigdy nie możesz stracić piłki w „szesnastce”,  ale od linii środkowej do bramki przeciwnika rób, co uważasz za słuszne. Wierzę w ciebie, możesz grać jak chcesz, ale staraj się nie zgubić futbolówki blisko własnego pola karnego”. W Wiśle załapałem się jeszcze na dwóch trenerów: Broniszewskiego oraz Kulawika.

Masz wciąż kontakt z piłkarską reprezentacją Haiti?

Oczywiście, jasne, że tak. Dopingują mnie w poszukiwaniach nowego klubu i kiedy to się stanie, ponownie będę powołany do kadry.

Rozmawiałem kiedyś z Donaldem Guerrierem i powiedział mi, że macie wspólną grupę na WhatsAppie.

Zgadza się. Nieustannie się nawzajem motywujemy oraz rozmawiamy o różnych sprawach.

Wróćmy na chwilę do przeszłości. Jak to się stało, że wylądowałeś w Chelsea?

Zacznijmy od samego początku. Kiedy miałem 10 lat, straciłem moich rodziców oraz dwóch braci w wypadku samochodowym. Już wtedy trochę grałem w piłkę, ale to, że byłem wtedy w aucie, całkowicie zabrało mi odwagę, także w innych obszarach życia. Postanowiłem zostać „bad boyem” i wpadłem w złe towarzystwo, gdzie kradłem, piłem i paliłem, mając ledwie dziesięć lat! Pewnego poniedziałku zaczepił mnie sąsiad, który jest trenerem piłkarskim w akademii. Zapytał mnie: „Manu, czemu jesteś bezużyteczny? Możesz żyć lepiej, większość twoich znajomych będzie za 5-10 lat nie żyć lub siedzieć w więzieniu. Mam jednak jedną rzecz, która może cię uratować. Futbol.” Odpowiedziałem mu, że to brednie i nie mam ochoty żyć, a tym bardziej grać w piłkę. On jednak wciąż nalegał. Zaprosił mnie raz na mecz, tak żeby tylko pooglądać. I zobaczyłem wielu rówieśników, od których czułem się lepszy, a grali w młodzieżowych reprezentacjach Nigerii. Podszedłem do niego po meczu i mówię: „Chcę spróbować, ale nie mam butów”. I on mi je kupił. Tak się właśnie zaczęło. Pierwsze powołanie do juniorskiej kadry dostałem w wieku 13 lat.

Mieszkałeś wówczas w Lagos?

Nie, w Abudży. Rok później dostałem powołanie, ale do reprezentacji U-17! Ludzie mówili, że widzą we mnie sporo potencjału i ambicję. I wtedy nastąpił cud.  Zostałem wybrany do kadry Nigerii na młodzieżowe mistrzostwa świata w Finlandii. Byli tam skauci z Chelsea, Manchesteru City oraz Evertonu. Po turnieju wróciłem do domu, a oni pojechali za mną do Afryki. Przyszli do biura nigeryjskiej federacji piłkarskiej w Abudży. Dostałem wiadomość, że ktoś mnie szuka w budynku związku i kazano mi przyjść. Nastąpił wtedy taki dialog:
– Manu, lecisz dziś do Londynu.
– Żartujesz?! Po co niby?
– Ponieważ zostałeś wybrany do młodzieżowego zespołu Chelsea.
– Jaja sobie robicie!
– Nie, ten pan jest z Londynu i przyjechał, żeby cię stąd zabrać do Anglii.
– Ale ja nie mogę wyjechać, muszę porozmawiać z moim ojcem chrzestnym, który się mną opiekuje!
– Nie martw się, jedź, a my wszystko zaaranżujemy, by twój ojciec chrzestny przyjechał do ciebie i pomógł ci ogarnąć wszystkie niezbędne sprawy.
I tak rzeczywiście było. Usiadł z nimi przy jednym stole i ustalił warunki nieprofesjonalnego kontraktu dla mnie. W ten sposób zamieszkałem w Londynie. Od tamtej pory w poniedziałki, środy i piątki chodziłem do szkoły, natomiast we wtorki, czwartki i soboty trenowałem w szkółce Chelsea.

Hubert Adamczyk wspominał, że w czasie pobytu w akademii „The Blues” mieszkał u pewnej rodziny. Ty też tak miałeś?

Tak, tak. Do momentu, kiedy skończyłem siedemnaście lat. Wtedy poszedłem na wypożyczenie do Ajaksu Cape Town w Republice Południowej Afryki. Zagrałem tam jeden sezon, co ciekawe zdobyliśmy wtedy mistrzowski tytuł. Następnie wylądowałem w norweskim Lynn Oslo, po czym wróciłem do Londynu i mając skończonych osiemnaście wiosen, podpisałem profesjonalny kontrakt z Chelsea. Chwilę potem zostałem wypożyczony do Belgii i tak rozpoczęła się moja kariera z piłką. To było jak spełnienie marzeń. W Afryce możesz zostać albo dilerem narkotyków, albo piłkarzem, albo złodziejem. Ludzie włamują do innych mieszkań i kradną. Futbol mnie od tego uratował. Wiem, że część moich kolegów z dawnych czasów już nie żyje, inni są w więzieniu lub poszukiwani przez policję. Gdyby nie piłka nożna, prawdopodobnie nie byłoby mnie już na tym świecie.

I co było potem? Wspomniałeś o Belgii.

Byłem tam wypożyczony, choć moje wynagrodzenie było opłacane przez londyński klub. W trakcie zimy wracałem do Chelsea i trenowałem z pierwszą drużyną, więc nie miałem nawet przerwy.

Jak wspominasz treningi w Anglii? Co sądzisz o Jose Mourinho?

Kiedy przyjechałem tam za pierwszym razem, menadżerem przy Stamford Bridge był jeszcze Claudio Ranieri. Dopiero jak wróciłem z RPA, spotkałem Jose Mourinho. Powiedział o mnie: „Wow, to w przyszłości może być dla nas przydatny piłkarz” i dał mi aż pięcioletni profesjonalny kontrakt. Uznał, że wypożyczenie do seniorskiego zespołu w Belgii pomoże mi piłkarsko dorosnąć. Wiesz pewnie, że Chelsea ma naprawdę wielu graczy w różnych klubach. Ich jest ponad setka. Dla mnie Portugalczyk był bardzo dobrym trenerem. Bardzo miło także wspominam takich piłkarzy jak: Didier Drogba, John Terry, William Gallas, Claude Makelele, Frank Lampard czy Michael Essien. Wszyscy ci goście bardzo mnie wspierali i dużo nauczyli. Nie tylko apropo futbolu, ale też życia.

Z którym z tych facetów nawiązałeś najsilniejszą więź i najbliżej poznałeś?

Powiedziałbym, że z Michaelem Essienem. Bardzo zabawny koleś, mieszkał niedaleko ode mnie i zawsze, gdy mieliśmy wspólne treningi, zabierał mnie autem ze sobą. Był takim moim mentorem, dużo mi doradzał i zapraszał do domu na jedzenie. Bardzo miły człowiek.

A którego z nich najbardziej chciałeś naśladować piłkarsko? Wiesz, spróbować zdobyć jego umiejętności itd.

Shaun Wright-Phillips. Był moim największym idolem w Chelsea, jest bardzo, ale to bardzo szybkim zawodnikiem. Zawsze starałem się go naśladować, ale zaznaczam, że moim ulubionym zawodnikiem był jednak David Beckham. Kocham go. W mojej opinii jeden z najlepszych piłkarzy w historii.

Wracamy do Wisły. Jak to było z twoim przyjazdem tutaj? Podobno polecił cię były gracz „Białej Gwiazdy”, Sunday Ibrahim.

Tak było. Jestem mu za to do dzisiaj bardzo wdzięczny. Co ciekawe, za pierwszym razem Wisła nie chciała mnie ściągnąć. Ówczesny dyrektor sportowy powiedział, że nie jestem wystarczająco dobry. Natomiast prezes Jacek Bednarz powiedział: „Nie, to dobry zawodnik, musimy mu dać trochę więcej czasu, by doszedł do formy. Manu, jest grudzień i nasi gracze mają wakacje. Poćwicz i przyjedź tutaj za miesiąc. Być może weźmiemy cię na obóz do Turcji.”. Pomyślałem, że skoro nie ma dla mnie kontraktu, to nic tu po mnie. Wróciłem więc do Holandii i trenowałem z drużyną Ajaksu Amsterdam, znam tam jednego trenera. I gdy już odpuściłem całą sprawę, zadzwonił do mnie Sunday Ibrahim, że pan Bednarz ciągle się dopytuje, co się ze mną dzieje. I w końcu pojechałem z drużyną Wisły do Turcji. Mój pierwszy mecz to był sparing z APOEL-em Nikozja. Poszło mi fantastycznie, udało mi się zdobyć dwie asysty, Podawałem wtedy „Małemu” i Cwetanowi Genkowowi. Zagraliśmy w Turcji mnóstwo meczów towarzyskich, poszło mi chyba całkiem nieźle. Jednak gdy wróciłem do Polski, dalej brakowało zgodności w klubie co do mojej przydatności. Dyrektor mówił, że się nie nadaję, natomiast Bednarz argumentował, że przecież asystowałem w każdym z pięciu sparingów i potrzebują mnie, bo właśnie odchodził ten gość z Izraela… Maor Melikson. Prezes dał mi 6-miesięczną umowę i kazał udowodnić, że reszta osób się myliła i umiem dobrze grać w piłkę. I tak to się właśnie zaczęło. Mój pierwszy ligowy mecz przypadł chyba na spotkanie w Białymstoku. Strzeliłem gola i dałem zespołowi asystę. 

Trafiłeś do Wisły zaraz po nieudanym szturmie Maaskanta do Ligi Mistrzów, co krakowski klub wpędziło w finansowe tarapaty. Miałeś wtedy jakiś problem z pensjami?

Nie mogę za bardzo mówić o takich rzeczach (śmiech). Ale chyba mogę stwierdzić, że każdego miesiąca dostawałem pieniądze.

Słyszałem, że miałeś niedawno testy w czeskiej drużynie, MFK Karvina.

Byłem tam, ale poczułem się trochę jak kurczak, którego kupujesz w pudełku w supermarkecie. „Możemy Ci dać dwa i pół tysiąca euro pensji”. Powiedziałem: „Come on. Jestem więcej wart. Może gdyby to była oferta z Polski, to bym ją przyjął, ale na pewno nie tu”. Mój menadżer zgodził się ze mną i nie doszliśmy do porozumienia.

To częsty sparingpartner Wisły, prawda? Byłem tam kiedyś.

Tak, mnóstwo razy z nimi graliśmy, gdy występowałem przy Reymonta.

Nie tęskniłbyś za nocnym życiem Krakowa? Karvina to dużo mniejsze miasto (śmiech).

Niewiele większe niż wieś. Może da się to porównać z Niepołomicami. W każdym razie mała miejscowość.

Co najbardziej kochasz w Krakowie?

Restauracje! Uwielbiam. Moja ulubiona to „Primento”. Jako piłkarze Wisły zawsze chodziliśmy tam jeść. Każdego tygodnia jem też z narzeczoną w „Sakana Sushi”.

Ona jest Polką?

Tak, tak, oczywiście. Jest z Krakowa. Jesteśmy razem dwa i pół roku. Być może w następnym roku się pobierzemy.

To jest powód, dla którego najbardziej chciałbyś zostać w Polsce?

Tak. Uwielbia podróżować, także poza granice kraju, ale na razie woli zostać tutaj.

Jak wyglądają twoje treningi w trakcie okienka transferowego? Jak utrzymujesz formę?

Każdego dnia wychodzę i biegam 30-35 kilometrów. Następne kilka godzin spędzam na basenie, a potem idę na siłownię. Ćwiczę w Platinium w Krakowie.

W takim razie powodzenia w szukaniu nowego klubu. Pamiętam twoje występy i trzymam kciuki.

Oo, dziękuję. Futbol to coś, co po prostu uwielbiam. Uratował mnie i spowodował, że dziś jestem szczęśliwy. Często w centrum miasta zaczepiają mnie fani Wisły i prawią komplementy, a ja mówię: „Nie przesadzajcie, po prostu wykonuję swoją pracę i przy okazji staram się sprawić przyjemność kibicom”.

Rozmawiał: Krzysztof Pulak

WARTO PRZECZYTAĆ