Czar prysł, brak mistrzostwa będzie dla Bjelicy kompromitacją

„Dnia 9 sierpnia 2017 roku zakończył się w Wielkopolsce powszechny nenadyzm” – można było przeczytać na forum „Hej Lech”. Coś w tym sformułowaniu jest trafnego. Czar prysł. Zakończył się parasol ochronny dla chorwackiego trenera po tym, jak koncertowo odpadł z Ligi Europy i Pucharu Polski. Otwarcie możemy zaryzykować stwierdzenie, że brak mistrzostwa Lecha Poznań w sezonie 2017/2018 z taką kadrą będzie dla Nenada Bjelicy wielką kompromitacją.

Bjelica miał wszystko. Wolną rękę w budowaniu zespołu, bardzo szybkie transfery – jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek – i najważniejsze: zaufanie kibiców. Na trybunach dało się wyczuć, że Chorwat ma poparcie we wszystkich działaniach, jakie wykonywał. Kibice go polubili. Za bałkański charakter, charyzmę i to, że wydawał się być profesjonalistą. Tu damy przykład: zdarzyła się w ostatnich latach osoba z zagranicy, która w przeciągu paru miesięcy nauczyła się płynnie mówić w naszym języku? Jeśli pamięć nas nie myli, po trzech miesiącach już po polsku odpowiadał na pytania dziennikarzy podczas konferencji prasowej.

Szacunek wśród sympatyków „Kolejorza” zyskał tym, że zawsze podkreślał ich ważną rolę w meczach swojego zespołu. To oni, według Bjelicy, zawsze pomagali drużynie w najtrudniejszych momentach i to dzięki nim – dla przykładu – jego podopieczni zwyciężyli w dwumeczu z Haugesund. Po dotkliwej porażce z Pogonią Szczecin trener Lecha wybuchł. Miał odwagę, żeby podejść pod sektor swoich kibiców, jednak tam wdał się w ostrą wymianę zdań. Zauważmy też, kto stał obok Chorwata. Nie było tam żadnego Tetteha czy Gajosa, którzy nosili ostatnio opaskę kapitańską w Lechu. Ramię w ramię z Bjelicą stał Łukasz Trałka. Ten Trałka, któremu Bjelica zabrał opaskę kapitana. O ironio.

Kadra „Kolejorza” jest bardzo szeroka i silna. Może i nawet najsilniejsza w lidze. Tylko co z tego, skoro jest 33 zawodników, a Lech odpadł już z Ligi Europy i Pucharu Polski? Na boisku w jednym meczu może pojawić się jedenastu, a po wykorzystaniu zmian, czternastu piłkarzy. Każdy z nich chce lub będzie chciał grać i pewnym jest, że mogą pojawić się kolejne konflikty. Przy tak szerokiej kadrze, z zawodnikami z takich krajów jak Chorwacja, Serbia, Szwecja, Dania, Łotwa, Bośnia, Rumunia, Ghana, Słowacja czy Argentyna – łagodnie ujmując, za kolorowo nie będzie, choć Bjelica problemów z atmosferą w szatni – nie licząc Robaka i Pawłowskiego – za dużych nie miał.

W defensywie jest czterech nowych piłkarzy: Janicki, Dilaver, Vujadinovic, Vernon De Marco, a zimą przyjdzie jeszcze Thomas Rogne. W ofensywie: Barkroth, Rakels, Situm oraz Christian Gytkjaer. Oczywistym jest, że przy takiej ilości transferów, potrzeba czasu, aby wszyscy zdążyli się ze sobą zgrać i zrozumieć filozofię trenera. Należy ufać, że władzom klubu wystarczy cierpliwości – bo tej wśród kibiców już nie ma – i Chorwata nie zwolnią. Na tym nie polega porządne prowadzenie klubu. Karta Bjelicy została porządnie zabrudzona i to on powinien ją doprowadzić do idealnego stanu. Nie wiemy czy obecną sytuację „Kolejorza” można nazwać kryzysem, ale jak o takim będzie się mówiło, Chorwat niech spróbuje go zażegnać. Oceną pracy Bjelicy niech będzie miejsce na koniec rozgrywek Lotto Ekstraklasy. Tutaj trzeba głośno podkreślić: przy takich możliwościach, inne niż pierwsze, będzie dla niego wielką kompromitacją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *