Vassiljev: Grać jak Andrea Pirlo

Jan Mazurek Kategorie: Główne  Wywiady Tagi: , , , ,

Dlaczego marzy, żeby grać jak Andrea Pirlo? Czy pracodawcy zaglądają mu w metrykę wieku? Jakie dwa czynniki sprawiły, że piłkarze Jagiellonii Białystok wymiotowali w czasie podróży autokarowej? Jak czuł się z tytułem Obywatela Roku w Estonii? Czy jest już po degustacji słynnego podlaskiego „Ducha Puszczy” i czy będzie tęsknił za Zenkiem Martyniukiem? Na te i na inne pytania w rozmowie z nami odpowiada Konstantin Vassiljev. 

Grasz jak Andrea Pirlo?

Konstantin Vassiljev (Piast Gliwice): Podchwytliwe pytanie. Strach odpowiadać. Na pewno gramy na tej samej pozycji, ale z nas dwóch tylko on jest niekwestionowanym geniuszem rozegrania. Nie mam szans mu dorównać, ale zawsze starałem się go podpatrywać i coś z jego gry dla siebie wyciągnąć.

Domyślasz się, jaki inny kontekst może mieć to pytanie?

Może ktoś powiedział o mnie, że stylem gry przypominam Pirlo, tak jak kiedyś Luis van Gaal w swojej książce napisał, że byłem jedynym z najlepszych zawodników, jakich kiedykolwiek widział? Nie mam innego pomysłu.

Kiedy nie występowałeś jeszcze w Polsce, powiedziałeś, że musisz grać jak wspomniany Włoch, żeby nikt nie patrzył na twoje warunki fizyczne, metrykę wieku i inne tego typu uwarunkowania.

Mądra wypowiedź, bo pokazuje pewien problem. Trzeba prezentować niebotycznie wysoki poziom, żeby nikt nie wyrzucał ci braku młodzieńczego wieku. Wolny od takich uwag będzie tylko geniusz, który na boisku będzie umiał zrobić dosłownie wszystko. Przykład Pirlo jest zasadny. Od tamtej wypowiedzi minęło trochę czasu, ale dalej podpisuję się pod nią obiema rękami.

W twoim wypadku udało się osiągnąć taki poziom, że nikt nie zwraca uwagi w rozmowie z tobą na aspekty niezwiązane z boiskiem?

Wprost przeciwnie. Wszędzie słyszę, że jestem po 30-stce i do tego raczej w niekoniecznie pozytywnym kontekście. Nie da się od tego uciec.

Spotkałeś się z czymś takim na przykład w Jagiellonii?

Tam też, choć uważam to za temat zamknięty i nie mam do nikogo większego żalu. Spędziłem tam dwa udane lata. Przenosiny do Piasta były po prostu kolejnym krokiem. W Gliwicach podpisałem bardzo satysfakcjonujący 3-letni kontrakt i to wystarcza mi to szczęścia. Stabilizacja przede wszystkim. Człowiek potrzebuje wiedzieć z wyprzedzeniem, jaka będzie jego przyszłość. To był dla mnie najważniejszy czynnik przy wyborze nowego klubu.

Nie kusiła gra w europejskich pucharach?

Trzeba podkreślić, że Jagiellonia awansowała tylko do eliminacji Ligi Europy. Stamtąd do właściwiej grupy jest jeszcze bardzo daleka i niełatwa droga. Nie jest powiedziane, że udałoby się nam do niej awansować. Kiedy przychodziłem do Białegostoku, to też mówiło się o europejskich pucharach i co? Odpadliśmy po dwóch rundach. Potem została już tylko ciężka walka w lidze. Taka jest rzeczywistość. Ten argument naprawdę nie grał roli przy moim transferze do Piast, bo wiem, ile trzeba poświęcić dla walki w Europie, która często okazuje się nieskuteczna, a do tego niekorzystnie wpływa na wyniki zespoły w innych rozgrywkach.

W Piaście też waszym celem są miejsca gwarantujące grę w eliminacjach Ligi Europy, bo o Lidze Mistrzów nawet nie mówię?

Najważniejszy jest awans do pierwszej „8” i od tego chcemy wyjść. System rozgrywek w Polsce jest tak skonstruowany, że jeśli tego dokonamy, to będziemy grali o całą pulę. Wszystko jest możliwe. Niczego nie wykluczam. Dla mnie liczy się przede wszystkim moja indywidualna dyspozycja, a ta raczej nie powinna pogorszyć się w porównaniu do tego, co prezentowałem w Jagiellonii.

Wracamy do wątku wstępnego, z wiekiem stałeś się innym piłkarzem?

Im jesteś starszy, tym łatwiej neutralizować ci pewne wady, które wcześniej, jako młodemu piłkarzowi, uniemożliwiały ci swobodną grę na boisku. Z każdym rokiem kariery zdobywasz niezbędne doświadczenie, dzięki któremu trochę inaczej patrzysz na piłkę. Nabierasz perspektywy. Widzisz pewne sytuacje, które powtarzały się w przeszłości. I przy tym muszę zaznaczyć, że przez moje piętnaście lat kariery stałem się lepszym piłkarzem.

Nie zatraciłeś z wiekiem dynamiki, szybkości?

To nigdy nie były moje największe atuty. Zawodnik ze środka pola nie potrzebuje tyle dynamiki, ile skrzydłowy. Wydaje mi się, że w moim przypadku, wraz z upływającymi latami, nabyłem bardzo pożytecznego doświadczenia i ogrania, a przy tym nie straciłem żadnych umiejętności czy atutów czysto piłkarskich.

Trudno się nie zgodzić, bo od dłuższego czasu jesteś niezmiennie jednym z najlepszych piłkarzy Ekstraklasy.

Liczby z minionego sezonu pokazały, że dalej potrafię rozgrywać, strzelać i asystować, a to najważniejsze. Nie powiem jednak, żebym odpalił dopiero po przejściu do Ekstraklasy. W poprzednich klubach też miewałem dobre rundy i statystyki, więc moja forma wydaje się być dość równa od lat. Mam nadzieję, że to się nie zmieni. Poprzedni rok w Jagiellonii był bardzo udany, w ogóle świetnie współpracowało mi się z trenerem Probierzem, ale czy najlepszy to był najlepszy sezon w mojej karierze? Tego nie wiem. Może taki dopiero przede mną? Na to liczę.

Wadą Białegostoku były długie podróże. Podobno zdarzało się nawet, że były one tak uciążliwe, że autokar musiał się raz na jakiś czas zatrzymywać, bo część zawodników wymiotowała.

Zdarzył się nam taki wypadek. To było w drodze do Krakowa. Jesteśmy zwykłymi ludźmi. Pojawiło się zatrucie żołądkowe w drużynie, do tego bardzo męcząca trasa i nie każdy organizm zareagował na to obojętnie. Taka sytuacja zdarzyła się jednak tylko raz, ale nie można zaprzeczyć, że długie podróże nie pomagały w osiąganiu dobrych wyników. Bywało naprawdę ciężko i nieprzyjemnie, ale udowodniliśmy, że mimo to da się wygrywać. Przecież zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski!

Są metody neutralizacji skutków podróży. Nie były u was wdrażane?

Oczywiście, są przeróżne sposoby, ale one mogą pomóc zniesienie takiej wycieczki autokarowej w maksymalnie kilku procentach. Kilku- lub kilkunastogodzinna podróż w pierwszą stronę jest jeszcze znośna. Człowiek jedzie nabuzowany i gotowy do gry. Wie, że w perspektywie ma mecz, ma jakiś cel, cały czas jest zmotywowany i stara się nie tracić koncentracji. Da się przeżyć. Zawsze gorszy jest powrót. Jesteś zmęczony, adrenalina schodzi, a ciebie czeka cała trasa. Tracisz 8-9 godzin na bezczynne siedzenie. Momentami to koszmar.

Michał Probierz po 30. kolejce minionego sezonu gratulował wam mistrzostwa. Jak zareagowałeś?

Nijak. Wiadomo, co chciał przekazać.

System rozgrywek z podziałem punktów po rundzie zasadniczej nie funkcjonował prawidłowo?

Był niesprawiedliwy. Rozgrywki powinny wyglądać normalnie. Dzielenie punktów jest bezzasadne. Sam podział na grupę mistrzowską i spadkową nie jest jeszcze taki zły, ale też powinien być zlikwidowany, bo jest sztuczny i nie ma charakterystyki ligowej. To po prostu taki dodatkowy turniej. Każdy z każdym powinien grać dwa mecze, a mistrzem zostaje drużyna, która gromadzi największa ilość punktów. I tyle.

Ale przy tym krytykowałeś kiedyś, że w Polsce za mało gra się w piłkę…

Nie w tym sensie. Kiedy przyjechałem do Polski z Rosji, to zaobserwowałem dużą różnicę w stylu gry. W Ekstraklasie mniej operuje się piłką, więcej jest przerzutów, walki w środku pola. Początkowo to mi trochę przeszkadzało, bo momentami na boisku panował chaos, którego nie dało się opanować. Z czasem przywykłem i zacząłem wdrażać mój techniczny styl gry. Chyba to widać.

Raczej unikasz kontrowersyjnych wypowiedzi, ale chyba nie zawsze tak było, bo dawno temu za pierwszy wywiad po ogłoszeniu składu reprezentacji Estonii, na którym pierwszy raz pojawiło się twoje nazwisko cofnięto z listy powołań!

Powiedziałem wtedy coś tak niefortunnego, że nie spodobało się to władzom związku i sztabowi szkoleniowemu. Zresztą zostałem źle zrozumiany. Szkoda to roztrząsać, bo historia stara jak świat. Z tego co pamiętam, to wtedy sam nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, ale może na dobre mi to wyszło i wtedy jeszcze nie byłem gotowy na powołanie? Na pewno nie przekreśliło mi to drogi do kariery w reprezentacji Estonii, bo do tej pory rozegrałem w niej prawie 100 spotkań!

Jest w Estonii jakaś większa legenda lokalnej piłki od ciebie?

Nie nazwałbym siebie legendą. To do mnie nie pasuje. Zagrałem sporo spotkań, ale są tacy, którzy mają ich na koncie więcej. W Estonii nie ma zakorzenionego kultu piłki nożnej. Nie ma lokalnych bohaterów czy idoli. Nawet ja takich nie miałem, ale nie ukrywam, że podpatrywałem starszych kolegów, kiedy miałem okazję debiutować w reprezentacji. A jeśli ktoś teraz obiera sobie moją osobę za wzór, to pozostaje mi się tylko z tego cieszyć. Mam świadomość, że każdy dobry występ naszej kadry czy jakiegoś estońskiego piłkarza w Europie popularyzuje futbol w naszym kraju, a to jest bardzo potrzebne, bo popularność tego sportu w moim kraju jest bardzo niewielka.

Do Cracovii przed sezonem 2017/18 przyszedł twój reprezentacyjny kolega Sergei Zenjov.

Kibicuję mu. Dobry piłkarz. Do tego będzie miał nad sobą równie dobrego trenera (śmiech). Jeśli będzie w optymalnej formie, to w Cracovii będą mieli z niego dużo pożytku.

W 2011 roku zostałeś Obywatelem Roku w Estonii za zasługi dla integracji Estonii z Rosją…

Nie do końca. Zostałem nagrodzony za pomoc w krajowej integracji obywateli Estonii z rosyjskimi korzeniami. Sprawa mi znana, bo sam mam takie korzenie, część mojej rodziny mieszka w Rosji, na co dzień w rozmowie z nimi używam rosyjskiego, który uznaje za mój podstawowy język i czuję się z tym dobrze. Taka jest historii Estonii. Od tego się nie ucieknie. Trzeba to zaakceptować. Co do pytania, to w żadnym razie nie czuję się na siłach, żeby łączyć Estonię i Rosję jako kraje (śmiech).

Pierwszą bramkę w historii reprezentacji Estonii zdobył Rosjanin, pierwszego gola w eliminacjach do wielkiej imprezy też, pierwszym prezydentem również był człowiek o takich korzeniach, to podobno nie podobało się ludziom.

Nie mogę odpowiadać za innych ludzi. Każdy ma swoje opinie i uwagi. Ja nikogo nie zamierzam zmieniać i zmuszać do swoich poglądów. Gram w piłkę i na tym się skupiam. W tym aspekcie chciałbym komuś imponować, a to co uważam poza boiskiem gra o wiele mniejszą rolę.

Jaki język dominuje w szatni?

Zawsze estoński. Każdy zawodnik, który kiedykolwiek wchodził do szatni naszej reprezentacji znał ten język. To się nie zmieni. Chyba, że selekcjoner jest zagraniczny, to wtedy jest inaczej. On gada po swojemu, a my i tak swoje (śmiech). Żartuję. Wiadomo, jak jest. Każdy się dogada, ale zawsze trzeba pamiętać, że to kadra narodowa i taka ma być. Inna sprawa, że jak jacyś koledzy chcą sobie normalnie pogadać po rosyjsku, to też nikt nie robi im problemów.

Jest jakiś plan na rozwój estońskiej piłki, żeby stworzyć generację większej liczby piłkarzy, grających na porównywalnym do twojego poziomie?

Kurczę, nie potrafię udzielić wyczerpującej odpowiedzi. To chyba bardziej pytanie do naszego Związku Piłki Nożnej i jego prezesa, a nie do mnie…

Może ty w przyszłości będziesz prezesem.

Hmm… możliwe, ale takich planów jeszcze nie snuję. Nie ten etap. Przede mną jeszcze trzyletni kontrakt w Piaście do wypełnienia i jeszcze kilka wyzwań piłkarskich. A potem? Czas pokaże, gdzie będę potrzebny.

W reprezentacji Estonii zamierzasz skończyć grać…

Kiedy przestanę być potrzebny i znajdą się lepsi ode mnie zawodnicy. Zobaczymy, ile to potrwa. Na razie chyba nie jest źle, żeby kończyć ten etap.

Nie wiadomo, jakie pożegnanie zorganizuje ci Estoński Związek Piłki Nożnej, ale możemy przypuszczać, jak pożegnano cię w Białymstoku. Legendarny „Duch Puszczy” poszedł w ruch?

Mogą się pochwalić, że „Ducha Puszczy” mam w domu, pokornie czeka na swoją kolej w barku, choć warto zaznaczyć, że alkoholu raczej nie piję. Na razie jest nietknięty. Może kiedyś przyjdzie moment na degustację, ale to jeszcze nie jego czas. Dostałem go od kolegi. Klub nie musiał mi do fundować.

Ale za Zenkiem Martyniukiem już pewnie tęsknisz, chyba że jakimś cudem go nie kojarzysz?

Trudno go nie kojarzyć po takim czasie w Białymstoku. Czy będę tęsknił… Oczywiście, że będę (śmiech).

Rozmawiał: Jan Mazurek

WARTO PRZECZYTAĆ