Piechna: Ruscy myśleli, że przyjechałem zabierać im chleb [WYWIAD]

Krystian Juźwiak Kategorie: Główne  Wywiady Tagi: , , , , , , , , ,

Nadal rozwozi węgiel? Co łączy go z Thomasem Müllerem? Gdzie jest kraina mlekiem i miodem płynąca? Dlaczego po Moskwie musiał chodzić z paszportem? Co sprawiło, że nie zrobił kariery w Chinach? Jakie jest najlepsze piwo w Rosji? Dlaczego Paweł Janas jest najdziwniejszym trenerem jaki stanął na jego drodze? I ile nie płacił mu Jóżef Wojciechowski? Grzegorz Piechna odpowiada w iście strzeleckiej formie.

Właśnie kończę pracę. Możemy już pogadać te dziesięć minut…

Liczyłem na troszkę więcej.

Więcej!? O kurde! To, co to za wywiad?! Przecież ja już z dziesięć lat nie gram w piłkę! No dobra, przesadziłem trochę. Ale ze trzy na pewno. Myślisz, że jeszcze mnie pamiętają?

Zdzwiłby się pan. Na pewno pamiętają. A pan dalej rozwozi węgiel?

No, tak. Pewnie. Właśnie załatwiłem ostatni transport. Kolega sobie zapalił papierosa, a my możemy sobie pogadać.

Nie tęskni pan za pracą w zakładzie masarskim?

Ta praca dobra i ta też dobra. Tu trzeba pracować i tam też trzeba było pracować.

A za grą w piłkę?

Trochę tęsknię za Ekstraklasą. Byłem ostatnio na meczu Korony z Cracovią (31 – lipca, 4:2 dla Korony – przyp. redakcji). Sobie chłopaki postrzelali. Zresztą, staram się być na wszystkich domowych spotkaniach Korony. Z Ekstraklasą jestem raczej na bieżąco. Sam też coś tam jeszcze gram. Spotykamy się regularnie, co niedzielę, z kolegami na takim większym orliku – w większości byli piłkarze Ceramiki Opoczno – i dwie godzinki walcujemy.

Domyślam się, że to pan strzela większość goli.

Czasami tak bywa (śmiech). Zdrowie służy, to można jeszcze trochę pobiegać.

Yannick Sambea mówił, że w Bayernie kto miał Müllera w składzie, ten wygrywał. Domyślał się, że u pana na gierce jest tak samo, tylko zamiast Thomasa Müller, jest Grzegorz Piechna.

Powiem szczerze, że tak. Gdzie gram, to wygrywamy (śmiech). Chłopaki zawsze zaczynaj wybieranie skład ode mnie, a ja tam nigdy specjalnie nie pale się do wybierania. Jeszcze powiedzą, że samych najlepszy wziąłem…

Zacznę trochę od końca. Z perspektywy czasu transfer do Torpedo Moskwa to był błąd?

To był taki okres, że trzeba się było zdecydować. Albo grać w Polsce i wyciągnąć maksimum z tej kariery, albo spróbować zrobić krok do przodu i sprawdzić się zagranicą. Akurat zdecydowałem się na wyjazd i nie żałuję. Na pewno inny futbol niż nasz polski. Całkiem inne realia piłki nożnej. Jak szedłem do Torpedo, to się śmiali, że Ruscy to są zacofani. Że nie ma po co tam iść. A prawda była taka, że Ruscy byli wtedy znacznie wyżej notowani niż my. Organizacyjnie i kadrowo to był całkiem inny poziom.

Czterech trenerów w ciągu sezonu to był pana największy problem?

Myślę, że tak. Ściągał mnie Pietrenko i zaraz go zwolnili. Tam jest taki zwyczaj, że jak przychodzi nowy trener, to dostaje wolną rękę i ściąga sobie kogo chce. Ktoś nie podpasuje, to ląduje na bocznym torze.

W różnych wywiadach wspominał pan o tym, że w Rosji niechętnie stawiano na Polaka.

Bo tak było. Oni nie mogli się z tym pogodzić. Że jak to Polak?! Przecież w Polsce jest dobrze. Raj! Ruscy myśleli, że ja przyjechałem zabierać im chleb. Nie to, że jakiś rasizm. Bardziej szok. Oni byli przeświadczeniu, że Polska to kraina mlekiem i miodem płynąca.

źródło: Łączy nas piłka

Do Torpedo trafił pan z razem z Marcinem Kusiem.

We dwóch zawsze raźniej. Dzięki temu łatwej było się wprowadzić. Ale nie siedzieliśmy cicho w kącie. Językowo dawaliśmy radę. Coś tam zapamiętałem z rosyjskiego ze szkoły podstawowej. Nawiązaliśmy dobre relacje z Rumunem, Florescu. Z Ukraińcami się dogadywaliśmy. Z Gruzinami. W ogóle, milicja często mnie brała za Gruzina z powodu ciemnej karnacji. Szybko się nauczyłem, że trzeba mieć paszport ze sobą. Wracając, z Ruskimi też się dogadywaliśmy. Było pięciu-sześciu chłopaków, którzy naprawdę chcieli, żebyśmy się dobrze czuli i wyciągali do nas pomocną dłoń. A reszta: ’’Macie dobrze w Polsce, to po co żeście tu przyjechali?’’

Ponoć w Torpedo dostał Pan kontrakt marzeń?

Nie ukrywam tego. Powiem tak: na chleb już zarobiłem. Do chleba też coś się znajdzie. Trzeba jeszcze dla dzieci coś odłożyć. A rozwożenie węgla, to rodzinna firma. Cała rodzina pracuje. To co ja będę siedział? Nieprzyzwyczajony jestem do leżenia. Kiedyś przyjdzie taki czas, że będzie się odpoczywało, a teraz, póki jest zdrowie, trzeba pomagać rodzinie.

Dlaczego nie skorzystał Pan z oferty z Chin?

Kusiło. Ale miałem małe dzieci. Żona powiedziała:

– Chcesz, to jedź sam. Ja wracam do Polski.

No i wróciliśmy razem. Dzisiaj już nie pamiętam co, to za kluby mnie wtedy chciały. Ale na pewno były propozycje kontraktu z Chin i Azerbejdżanu. Jeszcze z Kazachstanu. Mogło być ciekawie…

Trzy latam potem zmienił Pan Ceramikę Opoczno na Doxę Karnoulas. Jak doszło do tego transferu?

Kolega załatwił. Marcin Kośmicki. Mówił: „chcesz to ogarnę”. I jak powiedział, tak zrobił. Fajna przygoda, bo pół roku przyjemnie zleciało. Parę bramek się strzeliło, ale można powiedzieć, że to były wakacje. Później wprowadzili taki przepis, że obcokrajowiec powyżej 30 roku nie może grać i trzeba było wracać. Dobrze się tam czuliśmy z Grzesiem Bonkiem.

Żaden z lepszych klubów w Grecji nie pytał?

Pytali, ale nie było konkretów. Mówię od Grześka Bonka:

– Starczy tych wojaży. Wracamy!

No i wróciliśmy. Ja do Opoczna, a Grzesiu poszedł grać do Rybnika.

Zmiany trenerów w Torpedo sprawiły, że rządy Józefa Wojciechowskiego tak bardzo nie szokowały?

Zdążyłem się przyzwyczaić do tego. Trzy mecze w Polonii i nowy trener. Miałem podobne doświadczenia w Rosji, więc nie byłem tak zszokowany ja reszta kolegów z Polonii. Co ciekawe, Torpedo i Polonia barwy mają nawet podobne. Ale nie do wszystkiego szło się przyzwyczaić.

Co z tego, że wygrałem z panem Wojciechowskim w sądzie polubownym, jak pieniędzy dalej nie mam. Pan Wojciechowski nie płacił mi przez 9 miesięcy.

Jest pan kibicem Widzewa?

Jestem. Blisko mam. 75 kilometrów do Łodzi. I do Kielc blisko, bo 70. Trochę serce rozdarte, ale bardziej ciągnie do Korony, bo wiadomo, tam grałem. I to było piękny czas.

Ale już czas w Łodzi nie był tym najlepszym.

Przychodziłem za trenera Probierza i na początku była całkiem fajnie. Potem zmienił się trener. Przyszedł Marek Zub i w ogóle nie stawiał na nas starszych. Wymagał od nas nie wiadomo co, a na młodzież nie dawał nawet krzyknąć. Trzeba było stamtąd uciekać. W Koronie mieliśmy dream team. I do tańca i do różańca. Tego też zabrakło w Widzewie.

To prawda, że w Rosji piwo jest takie dobre i tanie?

Smakowało. Rzeczywiście tanie i dobre. Teraz już nie pamiętam, jakie piłem. Chyba Baltika. Jakoś tak się nazywało.

źródło: Korona Kielce

W Kolejarzu Stróże zarzucano panu problemy z alkoholem.

Absurd. Nigdy nie miałem problemów z alkoholem, a tam chcieli się mnie po prostu pozbyć i wymyślali niestworzone historie. Takie życie. Znałem się dobrze z właścicielami. Klubem zarządzała rodzina Kogutów. Nie wiedzieli, jak to powiedzieć, że chcą mnie zwolnić, więc trzeba było coś wymyślić. Z przyjaciółmi się wygląda dobrze na zdjęciu. Dzisiaj nie utrzymuję z nimi już kontaktu. Nie chce mieć z tymi ludźmi nic wspólnego, bo tam był też różne przekręty.

Paweł Janas to najdziwniejszy trener, jaki stanął na pańskiej drodze?

Co mogę powiedzieć? Pojechałem na kadrę i nawet nie zamieniłem słowa z selekcjonerem. Chyba tyle, co się przywitaliśmy. Rozmawiałem tylko z trenerem Skorżą. On mnie wprowadzał do drużyny, tłumaczył mi taktykę i mówił, kiedy wchodzę. Zachowanie Janasa było dziwne, ale płakać nie będę. Swoje zrobiłem.

Jak blisko było powołania na Mistrzostwa Świata w Niemczech.

Nie było blisko. Było daleko.

Ale nadzieja się tliła.

Wokół wszyscy mówili, że na pewno pojadę na Mundial. Wcześniej król strzelców jechał na Mistrzostwa albo chociaż regularnie grał w reprezentacji. A ja niestety się do tej grupy nie zaliczałem.

Gol z Estonią to najpiękniejsze co pana spotkało w karierze?

Zdecydowanie tak. Każdy piłkarz marzy o tym, żeby zagrać w reprezentacji i strzelić dla niej bramkę. Pierwszy raz w kadrze. Był jakiś tam stres. Przyjeżdża drużyna Estonii. Nie jakieś tam znowu ogórki. Przyjechali tak samo na sparing, jak później my do Szkocji.

Bramka fajna. Instynktownie strzeliłem. Najlepsze, że prawą nogą, której zwykle używam tylko do wsiadania do samochodu. Fajne uczucie.

To prawda, że dalej ma pan dres z reprezentacji?

Oczywiście, że tak. Wisi na ścianie. Koszulka, spodenki, wszystko. To było tak: Założyłem się z kierownikiem reprezentacji, że jak strzelę, to będę mógł wziąć na pamiątkę, co tylko zechce. I taki był mój wybór.

Wcześniej zagrał pan w kadrze B. Co to był za w ogóle za twór?

To był zwykły wyjazd. Wycieczka. Wcześniej żeśmy grali na Cracovii, ostatni mecz w rundzie. Bodajże w sobotę. Jechaliśmy z Piotrkiem Gizą. Jemu się kontuzja odnowiła. To my w taksówkę i do Warszawy. O piątej trzeba było wstać na samolot. Zrobiliśmy rozruch na Hibernianie i tyle.

 

Znaczy, to była wycieczka jak za najlepszych czasów Janusza Wójcika?

No, myślę, że tak to można nazwać (śmiech).

Piwo się lało?

Myśmy zaraz potem grali jeszcze w lidze z Odrą Wodzisław.

To jaki był cel tej wycieczki do Szkocji?

Sparing. Edward Klejndinst zebrał kadrę B i sobie zagraliśmy ze Szkotami. Teraz już nie ma czegoś takiego jak „druga reprezentacja”. Teraz się stawia na drużyny młodzieżowe.

Może więcej szczegółów z tej wycieczki pojawi się kiedyś w biografii Grzegorza Piechny?

Zobaczymy. Żelek Żyżyznski mnie namawia. Jak będzie bardzo nalegał, to ruszymy z tematem. A co tam będzie? Muszę sobie najpierw całą tę karierę w głowie poukładać, żeby wybrać te najciekawsze fragmenty.

Rozmawiał:

Krystian Juźwiak

 

foto:Łączy nas piłka.

WARTO PRZECZYTAĆ