Wyspy Owcze, czyli w Europie nie ma już słabych drużyn

Jakub Adamski Kategorie: Główne  Publicystyka Tagi: , , ,

Wyspy Owcze słyną na świecie głównie z produkcji wełny oraz corocznych, brutalnych polowań na delfiny. Już wkrótce może pojawić się kolejny symbol tego wyspiarskiego państwa – reprezentacja narodowa w piłce nożnej.

W Europie/lidze/na świecie (w zależności od rozgrywek niepotrzebne skreślić) nie ma już słabych drużyn – powszechnie znany i wyśmiewany banał, powtarzany zazwyczaj przez trenerów, którzy przegrali z amatorskim zespołem, lub polegli w „meczu dla koneserów”, tracąc punkty rywalizując z outsiderem, mimo mistrzowskich aspiracji (ewentualnie mówią te słowa prewencyjnie przed konfrontacją, co by potem nie było, że nie ostrzegali!) Mimo pewnej naiwności tego sformułowania i frustracji, którą rodzi wśród kibiców, nie jest jednak absolutnie puste. Po kazachskich stepach, czy kaukaskich wyżynach nie biegają już pasterze, którzy raz na tydzień robią sobie przerwę w wypasaniu kóz i postanawiają dla rozrywki pokopać skórzaną piłkę na pastwisku obok. Zastąpili ich sowicie opłacani gwiazdorzy. Podobny wstrząs zaczyna przechodzić część reprezentacji. Jeszcze niedawno Islandia zupełnie nic nie znaczyła na futbolowej mapie, a ostatnio nie dość, że świetnie zaprezentowała się na francuskim EURO, to teraz dodatkowo jest na najlepszej drodze, aby wygrać grupę eliminacyjną do Mistrzostw Świata i wywalczyć historyczny awans. Czy ich drogą pójdą Wyspy Owcze?

Prawdziwy słabeusz?

Jeszcze do niedawna mecze z Farerami miały rangę równą pojedynkom z San Marino czy Liechtensteinem. Dla laika nie było to zresztą coś szczególnie dziwnego. W końcu kto mógłby się spodziewać po kraju, którego dwukrotność populacji ledwie wystarczyłaby aby zastąpić ludność Kalisza, fenomenalnych spotkań, czy wystawienia jedenastki pełnej gwiazd. Bynajmniej była to również ocena nieco niesprawiedliwa. Mimo iż trudno nazwać ich hegemonami, stosunkowo regularnie punktowali w meczach o stawkę, raz po raz ogrywając innych outsiderów (do tej pory jedynie dwukrotnie zakończyli fazę kwalifikacyjną z zerowym bilansem punktowym). Prawdziwą sensację sprawili jednak w eliminacjach do EURO 2016, kiedy dwa razy pokonali byłych Mistrzów Europy, Greków, dodatkowo wyprzedzając ich w tabeli (co ciekawe, ówczesnym selekcjonerem Hellenów był Claudio Ranieri, który po blamażu z kadrą był powszechnie wyszydzany, a mimo to szybko się podniósł i w następnej pracy zdobył historyczne mistrzostwo Anglii dla Leicesteru). Ten sukces nie był istotny jedynie z punktu widzenia wzrostu morale i rozpoznawalności piłkarzy. Miał również przełożenie na bardzo wymierny aspekt – pozwolił, aby w losowaniu grup eliminacyjnych Mistrzostw Świata Wyspy Owcze znalazły się w 4. koszyku (między innymi razem z Turcją, czy Irlandią).

Szkoda, że nie EURO

Dzięki wylosowaniu dwóch słabszych rywali (w teorii i jak się później okazało – również w praktyce) Farerom udało się wyśrubować rekord w ilości punktów zdobytych podczas jednych eliminacji. Na mecz przed zakończeniem kwalifikacji mają ich już 9, co jak na warunki tego kraju jest wynikiem całkiem niezłym. Chociaż awans na rosyjski mundial nigdy nie był w ich zasięgu, postawa którą zaprezentowali daje nadzieje na jakieś sensacyjne rozstrzygnięcie w przyszłości. W ostatnim spotkaniu powalczą z Węgrami o zajęcie trzeciego miejsca w grupie. Co prawda ich zwycięstwo (jest wymagane do przeskoczenia Madziarów) wciąż pozostaje scenariuszem na który nie wielu stawia, nie należy jednak do zupełnego science-fiction. Wszakże w pierwszym spotkaniu tych drużyn padł bezbramkowy remis, a nasi przyjaciele z południa nie grzeszą wybitną formą. O ile w przypadku eliminacji do światowego czempionatu taka pozycja nie wiele zmienia, o tyle gdyby rywalizacja toczyła się o awans na EURO, to miejsce mogłoby już otworzyć drogę do historycznych baraży.

Spojrzenie w przyszłość

Reprezentacja Wysp Owczych zapewne nigdy nie osiągnie galaktycznego poziomu. Brazylijczykom, Niemcom, czy choćby Polakom nie ugną się nogi podczas wychodzenia na mecz z potężnymi Farerami. Nie można jednak wykluczyć, że przy odrobinie szczęścia pojadą w końcu na imprezę rangi mistrzowskiej. Zapewne będzie to czempionat Europy, na który zakwalifikować jest się o wiele łatwiej (choć oczywiście nie można wykluczyć, iż jeszcze za naszego życia liczba uczestników finałów walk o tytuł najlepszej drużyny świata powiększy się do takich rozmiarów, że i również tam otworzą się szanse na dostanie dla reprezentacji pokroju Wysp Owczych). Na koniec pozostaje do rozstrzygnięcia jeszcze jedno pytanie: to Farerzy poczynili taki ogromny postęp? Czy to zwykłe szczęście i jednorazowy wyskok? A może winni są ich rywale, którzy liczą na zwycięstwo jak najmniejszym nakładem sił? Przecież jeśli się nie uda, to zawsze można powiedzieć, że w Europie nie ma już słabych drużyn…

 

Źródło zdjęcia: https://commons.wikimedia.org/wiki/User:EileenSanda

WARTO PRZECZYTAĆ