Dokąd idziesz (i wciąż się potykasz) Arsenalu

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, to mądra i ponadczasowa fraza wyjaśniająca często najbardziej zaciekłe dyskusje, waśnie i spory. Dla takiego na przykład lekko sfrustrowanego i zgorzkniałego, ale dość poczciwego Adama Miauczyńskiego, dramatem było miejsce drugie, w biegach średniodystansowych, piłce nożnej czy matematyce. Przez wiele lat dla niepoprawnego optymisty, niejakiego Arsenalu ziemią obiecaną było czwarte miejsce w lidze, kasa z awansu do Ligi Mistrzów, wpierdol z Bayernem na wiosnę i tony hajsu koszone na najdroższych biletach w Anglii. Przyszedł jednak czas by opuścić strefę komfortu.

Pozostając w klimacie filmowym, pozwolę sobie założyć, że przez kilka ostatnich sezonów drużyna prowadzona przez Arsene’a Wengera zaprosiła swoich fanów na seans śmiesznej choć odrobinę gorzkiej komedii z Billem Murrayem i Andie MacDowell „Dzień Świstaka”. Scenariusz wygląda tak, że na początku sezonu Kanonierzy są w gronie faworytów do tytułu, na przełomie września i października rozbudzają nadzieje kibiców mocniej, w listopadzie łapie pierwszą zadyszkę, gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia w tytuł wierzą już tylko najwięksi optymiści, w lutym klasycznie należy odpaść z rozgrywek europejskich, a w maju doczłapać jakoś do pierwszej czwórki i tak w koło Macieju.

Poprzedni sezon to pierwsza rysa, brak awansu do Ligi Mistrzów. Sympatyczny Londyńczyk skutki powyższego odczuwa głównie w portfelu bo rywalizacja kończyła się zwykle mniejszą lub większą kompromitacją. Ekonomiczny kuksaniec boli jednak władze Arsenalu najmocniej. Wyobraźmy sobie przez chwile, że nie mamy do czynienia nie z klubem piłkarskim a korporacją, gdzie słupki i tabelki na koniec okresu rozliczeniowego muszą wyjść na plus, a cała reszta to tylko otoczka.

Właściwie to pozwalam sobie na małą prowokacje, bo niczego sobie wyobrażać nie musimy. Arsenal co roku znajduję się na liście klubów z największymi przychodami. Trzyma się jednak, z małymi odstępstwami, swoich zasad dotyczących płac oraz wydatków na transfery na poziomie klubów stojących na drabinie finansowej szczebel lub kilka szczebli niżej. Jeden powie, że to dobrze, klub ma swoją filozofie i nie idzie utartymi schematami (czytaj wincyj, wincyj, wincyj). Drugi, do którego mi zdecydowanie bliżej spyta, dlaczego klub rąbie po kieszeni kibiców, którzy zwykle gdy dochodzi do nich że są robieni w konia, nie mówią eee, oszukali mnie, przenoszę się na Chelsea tam zdarzają się sukcesy, a może na Tottenham tam mają jakiś plan i grają jakoś ładniej.

Operacja „Powrót do Ligi Mistrzów” w obecnym etapie sezonu nie wydaje się zbyt realistyczna. Niełatwo wrócić na odpowiednie tory, gdy w lidze grają dwie drużyny Arsenalu. Całkiem przystępna w odbiorze, ofensywna i skuteczna drużyna grająca u siebie i nijaka, popełniająca proste błędy i kompletnie pogubiona w defensywie drużyna grająca na wyjazdach. Warto zaznaczyć, że w obu drużynach grają ci sami zawodnicy.

Ktoś powie, że Arsenal powinien, spróbować szlakiem Jose Mourinho wejść do europejskiej elity kuchennymi drzwiami przez Ligę Europy. Problem w tym, że drzwi w tym sezonie nie są już tak szeroko otwarte, poza tym przed wejściem stoi napakowana jak kabanos ochrona. Karki z Madrytu, cwaniaczki z Neapolu, młoda ekipa z Dortmundu czy nawet uliczna banda z Mediolanu mogą się okazać za mocni na ubitej ziemi. Tym bardziej, że w ekipie Arsenalu oprócz kozackich fighterów są również chucherka którym obcisła koszulka pumy zbyt mocno opina biceps.

Mógłbym znęcać się nad Wengerem, wyśmiewać Elnenego czy innego Wilshere’a, krytykować zaangażowanie niektórych zawodników, tylko po co skoro to wszystko to zdarta płyta powtarzana po każdej porażce Kanonierów. Z chaosu może wyrwać Arsenal długoterminowy plan, zmiana koncepcji rozwoju klubu (na jakąkolwiek) i oczywiście odrzucenie schematów finansowania. Czasem dwa kroki w tył i zaczerpnięcie świeżego powietrza może okazać się zbawienne. A ja mam tylko nadzieje, że któregoś dnia obudzę się obok Andie MacDowell, uszczypnę ją, by sprawdzić czy aby na pewno istnieje, wyjrzę przez okno za którym nie będzie hałaśliwych muzykantów i będzie to znak, że wreszcie czuć zapach wiosny w Północnym Londynie.

źródło zdjęcia – blaber.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *