Najgorsi bramkarze Ekstraklasy ostatnich lat

Przyglądając się ostatnio formie bramkarzy w naszej rodzimej lidze postanowiliśmy sporządzić listę najgorszych golkiperów, którzy znaleźli się na ekstraklasowych boiskach w ostatnich latach. Nie znajdziecie tutaj Mariusza Pawełka czy (uwielbianego chociażby przez Kamila Grabarę) Seweryna Kiełpina. W naszym zestawieniu królują o wiele ciekawsi zawodnicy.

Dariusz Trela czy Pavels Steinbors to całkiem przyzwoici bramkarze, aczkolwiek ich ostatnie poczynania sprowokowały pewne przemyślenia na temat tego, kto w ostatnich latach między słupkami spisywał się najgorzej. Pod lupę wzięta została Ekstraklasa i tak oto powstała krótka lista osób, mogących służyć bardziej za ręcznik przewieszony na poprzeczce, aniżeli faktyczny mur. Prawdopodobnie za kilka kolejek do tego grona dołączy Thomas Dahne, ale Niemiec jeszcze nie zasłużył sobie na miejsce w tym zaszczytnym gronie. 

Marijan Antolović (Legia Warszawa)

Kiedy w 2010 roku przychodził do stołecznego klubu wszyscy wiązali z nim wielkie nadzieje. Mówiło się nawet, że między słupkami Marijan Antolović miał zastąpić odchodzącego wówczas do Evertonu Jana Muchę. Najlepszy bramkarz chorwackiej ligi, o którego biły się kluby z Ligue 1 na czele ze Stade Rennes. Na nieszczęście dla oczu polskich kibiców wówczas 21-letni zawodnik zdecydował się na grę w Ekstraklasie, skąd – jak mówił – otrzymał najkonkretniejszą ofertę. W sumie Chorwat w Polsce wystąpił w ośmiu spotkaniach, o których nie można powiedzieć zbyt wiele dobrego ze względu na liczne błędy: a to przy grze na przedpolu, a to przy komunikacji z obroną, czy próbie obrony strzałów.

Za te osiem meczów Legia zapłaciła Cibalii 2,4 mln złotych. Do tego przez trzy lata warszawianie musieli wypłacać Antoloviciowi sporą pensję, przez co ostateczny wydatek za bramkarza oscylował w granicach 5 mln złotych.

Richard Zajac (Podbeskidzie Bielsko-Biała)

Kiedy słyszymy „Richard Zajac” zapewne większość z nas w myślach ma różne „babole”. Jego asysta w meczu z Jagiellonią Białystok na zawsze zapisała się w pamięci nie tylko sympatyków Górali, ale i pozostałych obserwatorów polskiej ligi. Innym razem przy wybiciu piłki trafił w Macieja Makuszewskiego i tym samym sprezentował zwycięstwo Lechii Gdańsk. Słowak do wzorów pewności nie należał. Często w bramce spisywał się nieobliczalnie, nie wychodził do dośrodkowywanych piłek i nawet jeśli Podbeskidzie spisywało się całkiem dobrze w Ekstraklasie, to wysiłki piłkarzy z pola często zaprzepaszczał bramkarz. Mówi się, że jeśli drużyna nie ma pewności do bramkarza, to gra zapobiegawczo i tak często prezentował się zespół z Bielska-Białej.

Obecnie Zajac jest trenerem bramkarzy w Podbeskidziu. Czekamy więc na nowe pokolenie Zajaców.

Norbert Witkowski (Arka Gdynia, Górnik Zabrze)

Kolejna postać potrafiąca odmienić losy spotkania często na niekorzyść własnego zespołu, wyróżniająca się m.in. problemami z komunikacją ze swoimi obrońcami, wpuszczaniem goli po krótkim słupku, czy nieumiejętnością bronienia lekkich strzałów, o złym obliczaniu toru lotu piłki nie wspominając, co zobaczycie na poniższym filmiku. Swoich sił próbował nawet w greckim Iraklisie, ale nie zagrzał tam zbyt długo swojego miejsca, ponieważ już po siedmiu miesiącach został skreślony. Powody tej krótkiej współpracy możecie znaleźć w poprzednim zdaniu. Pochodzący z Olsztyna bramkarz zawiesił już buty na kołku i raczej niewiele osób będzie za nim tęsknić.

Marcin Juszczyk (Polonia Bytom)

Ten pan również zakończył już piłkarską karierę. Poza Polonią Bytom występował również w Wiśle Kraków i Arce Gdynia, ale nigdzie nie zaprezentował wielkich umiejętności. Marcin Juszczyk nie wyróżniał się także charyzmą, którą mógłby przykryć część braków, przez co śmiało określić go można mianem bramkarza przeciętnego. Początkowo nie mógł się przebić do składu Białej Gwiazdy, więc przeszedł do Nea Salamis Ammochostosu. Cypryjczycy po sezonie stwierdzili jednak, że mają dość błędów Polaka i zakończyli z nim współpracę. Później w sezonie 2010/11 pomógł Maciejowi Żurawskiemu zdobyć jedyną bramkę w tamtym sezonie i wsparł m.in. Zagłębie Lubin, dając im zwycięstwo.

Alberto Cifuentes (Piast Gliwice)

Może i bronić potrafił, ale było to na pewno przed przyjściem do gliwickiego Piasta. Wcześniej Alberto Cifuentes rozegrał niespełna 130 meczów w Segunda Division, więc doświadczenie miał spore. Może to wywarło spore wrażenie na włodarzach Piastunek, którzy zdecydowali się na ściągnięcie 35-letniego Hiszpana. Obcokrajowiec wchodził na murawę w podstawowym składzie, dawał rywalom postrzelać i schodził. W swoich pierwszych trzech meczach wpuścił osiem bramek. Później było nieco lepiej, ponieważ zachował czyste konto w meczach z takimi potęgami jak Pogoń Szczecin, GKS Bełchatów, czy Górnik Łęczna. Po sezonie odszedł do Cadiz. Płakać za nim nie ma co. Dużo lepiej jest popatrzeć na Jakuba Szmatułe. 

W tym miejscu trzeba zastanowić się nad siecią scoutingu polskich klubów, które wyszukują właśnie takie perełki, jak Marijan Antolović czy Alberto Cifuentes (a nawet Thomas Dahne). Można nie trafić z kupnem zawodnika z pola – „atuty” takiego piłkarza, które pokazywał na tle słabszej ligi (np. litewskiej), mogą zostać przykryte w (o zgrozo!) mocniejszej Ekstraklasie. Taki piłkarz może też nie wpasować się w siermiężny, fizyczny styl naszej ligi, ale sytuacja z bramkarzami wygląda nieco inaczej. W końcu ci gracze muszą przyzwyczaić się tylko (a może i aż?) do stylu gry nowego zespołu i nauczyć się nieco języka, aby móc kierować swoimi kolegami z obrony. Pytanie brzmi: czy kluby nie przykładały się do obserwacji tych zawodników, czy może w ogóle jej zaniechały, stwierdzający, że mały wgląd w statystyki wszystko im powie? A może golkiperzy po prostu byli tak ambitni i pracowici, jak większość młodych gwiazdek, wchodzących dopiero do dorosłej piłki?

Zdjęcie: Gol24.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi