Podsumowanie 23. kolejki Lotto Ekstraklasy

Ekstraklasa nie zwalnia tempa. 23. kolejka obfitowała w aż 24 bramki, a na ich brak nie miało prawa narzekać żadne z goszczących ją miast. Najmniej padło w Białymstoku – jedna. Najwięcej w Niecieczy – sześć. Drużynie przyjezdnej tylko w dwóch przypadkach udało ugrać się chociaż punkt. O niezwalniającej Legii, rozpędzającej się lokomotywie, wracającym na właściwi tor Górnikowi i wiele więcej. Wszystko to wzbogacone szczyptą subiektywizmu kibiców.

W pierwszym meczu kolejki Sandecja Nowy Sącz zmierzyła się „u siebie” z Koroną Kielce. Spoglądając na wyniki poprzednich spotkań tych dwóch drużyn wniosek wysuwał się sam – goście byli zdecydowanym faworytem. Skazywani na porażkę gospodarze skutecznie jednak stawili czoła będącym w gazie Kielczanom.

Zaczęło się bez rewelacji. Już po ośmiu minutach Korona wyszła na prowadzenie. W sytuacji bramkowej przyjezdnych nie popisał Patrik Mráz, który wybił piłkę z własnego pola karnego wprost pod nogi Bartosza Rymaniaka, asystującego przy golu Gorana Cvijanovica. Złocisto-krwiści mieli jeszcze kilka okazji, aby podwyższyć prowadzenie, jednak zabrakło skutecznego wykończenia. I jak to klasyk mawiał: „Niewykorzystane sytuacje lubią się mścić.”. Kwadrans później stan meczu wynosił 1:1 za sprawą trafienia Filipa Piszczka. Krótko przed gwizdkiem kończącym pierwszą część, goście znów wysunęli się na prowadzenie.

Początek meczu zdecydowanie należał do Korony, która zagrała wysokim pressingiem i praktycznie nie schodziła z połowy Sandecji. To przyniosło efekt, bo już w 8. minucie Cvijanović strzelił gola dla gości. Kielczanie cały czas byli zespołem przeważającym aż do momentu gdy piłkę przed polem karnym otrzymał Piszczek, który dość przypadkowo znalazł się w dobrej pozycji i pięknym strzałem umieścił piłkę w siatce. Korona wyraźnie się podłamała, a gospodarze przejęli inicjatywę. Do przerwy jednak znów udało im się wyjść na prowadzenie. – mówi @Wojtek.

Początek drugiej połowy pchnął nowe nadzieje w zawodników Sandecji. Wynik meczu wyrównał, ten który w poprzedniej kolejce zawiódł – Michal Piter-Bučko. Niespełna dwa kwadranse później gospodarze ponownie wykorzystali błąd bramkarza Kielczan, który stwierdził, że to pole karne mu się nie podoba i chyba trochę się przejdzie. Dobre podanie zmiennika Brzyskiego, pressing Piszczka i w konsekwencji błąd Elhadji Diawa, który ładuje piłkę do własnej siatki. Właściwie zmienił jej tor lotu, a ta powoli się do niej wturlała. Nie podłamało to jednak Senegalczyka, który swoją celną główką dał przyjezdnym punkt ustanawiając wynik spotkania.

Druga część spotkania była dość wyrównana, z lekkim wskazaniem na Sandecję. Dzięki błędom Diawa i Alomerovicia zawodnicy z Nowego Sącza wyszli na prowadzenie. Koronę wyraźnie pobudziło wejście Cebuli, który często podejmował pojedynki „jeden na jeden”. Dzięki jego akcji wywalczyli rzut rożny, po którym Diaw częściowo zrehabilitował się strzelając decydującego gola. – dodaje @Wojtek.

Spoglądając na statystyki tego spotkania można rzec, że remis jest tu sprawiedliwym wynikiem. Podobna liczba oddanych strzałów, posiadania piłki czy celnych podań tylko to potwierdzają. Trzy bramki wpadły tutaj po dość sporych zamieszaniach, jednak i te w piłce są koniecznie. Wśród Kielczan wyróżniającą się postacią ponownie był napastnik Nika Katcharava. Dobrze zaprezentował się również strzelec pierwszego gola Goran Cvijanović. Wysoką dyspozycję potwierdzili Filip Piszczek i Jacek Kiełb. Trudno jest jednoznacznie ocenić występ Pepe Diawa. Z jednej strony dość niefortunnie przyczynił się do wyjścia na prowadzenie nowosądeczan, z drugiej jednak dał punkt w ważnym momencie. Bramkę, przy której zawinił można zapisać również golkiperowi – Zlatanowi Alomerovićowi.

Konsekwentnie do celu

W przeciwieństwie do meczu w Lublinie, gdzie można było zarzucić jej więcej szczęścia od rywali, Legia tym razem była zespołem zdecydowanie lepszym. Śląsk, a może i nawet bardziej jego obrona przyjechała do Warszawy w roli turystów. Na ich grę nie można było wręcz patrzeć. Błąd za błędem. Jan Urban wyciągnął pewne wnioski z poprzedniego spotkania. Na ławce usiadł Marcina Robaka, choć czy naprawdę trener gości – a w zasadzie już były trener – rozwiązanie problemu skuteczności widział w osobie młodego Sebastiana Bergiera czy jeszcze mniej bramkostrzelnego Sito Riery? Wydaje mi się to mało prawdopodobne. Legia do tego meczu przystąpiła natomiast bez większych zmian. Bez Hloušeka i Szymańskiego, ale za to z Eduardo i Broziem.

On man show z gościnnym występem Kaspera Hämäläinena. 23’, 30’ i 33’. To właśnie w tych minutach Fin wpisywał się na listę strzelców, zdobywając pierwszego w karierze hattricka. Asystę przy dającym prowadzenie trafieniu zaliczył wspomniany już wcześniej Eduardo. Na uwagę zasługuje zresztą cała akcja przeprowadzona przez gospodarzy. Natomiast przy trzeciej bramce ostatnie podanie wykonał Broź.

Gola dającego krótkotrwałe nadzieję Wrocławianom strzelił Robert Pich. Cała akcja była dobrą odpowiedzią na tę pierwszą Legii. Ruletka Rirey, podanie do Bergiera, zgranie i strzał Picha. Naprawdę przyjemnie się to oglądało.

Kropkę nad „i” postawił w doliczonym czasie gry pierwszej połowy Jarosław Niezgoda. Był to koniec strzelania na Łazienkowskiej piątkowego wieczoru. Defensywa Śląska niczym sparaliżowana nie mogła zrobić nic, aby powstrzymać Legionistę. W drugiej części spotkania byliśmy jeszcze świadkami groźnej sytuacji wykreowanej przez graczy przyjezdnych. Na drodze do drugiego trafienia stanął jednak Michał Pazdan, który zablokował piłkę na samej linii bramki.

Wisła, która zaskoczyła

4:2 z Górnikiem, 2:0 z Zagłębiem. Forma Wisły Płock na samym starcie tego roku może niejednego zaskoczyć. „Nafciarze” pomimo krótszego czasu posiadania piłki skutecznie przeciwstawili się gościom z Lubina, którzy mieli swoje sytuacje. Warto jednak zaznaczyć, że to gospodarze mieli ich więcej, bo aż 12 przy 6 gości. Rozstrzygająca dla tego spotkania okazała się być druga połowa. Efektownym wykończeniem na jej początku wykazał się José Kanté. Ten sam piłkarz ustalił wynik meczu na 2:0 w 87. minucie, po raz kolejny oddając strzał z pierwszej piłki.

Warto też wspomnieć o zmarnowanej sytuacji na wyrównanie „Miedziowych” z 60. minuty. Po strzale głową Woźniaka futbolówkę z samej linii bramkowej wybił jeden z zawodników gospodarzy. Nie najlepiej w tej sytuacji zachował się golkiper – Thomas Dähne, który bardzo przeciętnie zaprezentował się również w poprzedniej rundzie. Lublinian od straty trzeciego gola w doliczonym czasie gry uratował ich bramkarz, który dobrze zachował się po strzale Zawady.

Sobotni wieczór z pewnością dobrze zapamiętają strzelec dwóch bramek Kanté, a także Semir Štilić i Konrad Michalak, który zaliczył kolejny udany występ w barwach Wisły.

W Białystoku na spokojnie

Drugi mecz tego dnia okazał się najmniej hojnym w całej kolejce. Jagiellonia do konfrontacji z Cracovią wystawiła niemal niezmieniony skład w stosunku do poprzedniego tygodnia. Jedynie Karol Świderski został zastąpiony przez niedawno sprowadzonego Romana Bezjaka. W zespole gości natomiast nastąpiły dwie roszady.

Niezbyt podobała mi się gra Cracovii. Zabrakło sytuacji podbramkowych. Najlepszy na boisku był dla mnie Rakels, ponieważ utrzymywał się przy piłce i wymusił kilka fauli. – komentuje Sebastian, młody kibic Cracovii.

Gospodarze mieli wyraźną przewagę nad zespołem z Krakowa. Dłużej utrzymywali się przy piłce, oddali znacznie więcej strzałów, jednak byli to w stanie przypieczętować dopiero w 60. minucie. Bramkarza Cracovii pokonał wtedy Martin Pospíšil, który sprytnie wykiwał dwóch obrońców i oddał precyzyjny strzał, który wpadł tuż przy prawym słupku. Niewiele przed końcem spotkania brakowało, aby goście wyrównali stan meczu, jednak Antonini Čulina nieczysto trafił w futbolówkę i posłał ją daleko od bramki Jagiellonii.

Kolejny słaby występ w barwach Jagi zaliczył Cillian Sheridan, który zastąpił Bejaka w 68. minucie.

Trzeba jednak oddać graczom Jagiellonii, że takiego rozegrania rzutu wolnego nie powstydziłoby się nawet włoskie Napoli.

Obrona do ataku

Aż trzy z pięciu goli, które wpadły podczas starcia Wisły Kraków – Arką Gdynia zostały zdobyte przez obrońców. Pomimo licznych sytuacji z obu stron jako pierwsi na prowadzenie wysunęli się goście. Pozwoliła im na to bramka Dominika Kuna zdobyta w 11. minucie. Krótko po przechyleniu się szali zwycięstwa na korzyści Wisły stan spotkania wyrównał ponownie Michał Marcjanik. Przy jego golu nie popisała się jednak obrona gospodarzy, która skupiona na wybiciu piłki kompletnie zapomniała o kryciu.

Zwycięską bramkę dla gospodarzy zdobył Zoran Arsenić. Obrońca Białej Gwiazdy w 83. minucie spotkania po raz drugi w tym spotkaniu pokonał Šteinborsa i w ten oto sposób dał ważne trzy punkty swojemu zespołowi. Dla gospodarzy trafił także Jesus Imaz, który oddał bardzo dobry strzał z około 25-ego metra.

To nie był dzień bramkarza Gdynian. Šteinbors minął się z piłką przy strzale Imaza, a chwilę później nieszczęśliwie wypluł piłkę przed siebie co zakończyło się kolejną stratą. Przy rozstrzygającym trafieniu miał niewiele do powiedzenia. Z drugiej strony Buchalik źle interweniował przy wyrównującym golu Marcjanika.

3 punkty na wagę światełka w tunelu

Niedzielę rozpoczęliśmy od starcia Lechii Gdańsk z Piastem Gliwice. Oba zespoły w poprzedniej kolejce zaprezentowały się nie najlepiej – Lechia zremisowała z Wisłą Kraków, a Piast był tłem dla Jagiellonii. Pomimo dość wyrównanych statystyk to goście okazali się być bardziej konkretni. Oddali więcej celnych strzałów na bramkę, a przede wszystkim dwukrotnie pokonali Kuciaka. Potrzebowali na to jednak czasu. I on mógł być zgubny, bo to Lechia jako pierwsza miała okazję wysunąć się na prowadzenie. W 7. minucie bardzo dobrze interweniował jednak Szmatuła, który sparował strzał głową oddany przez Flávio Paixão. Na zmianę wyniku przyszło nam poczekać do drugiej połowy. Dopiero wtedy Mateusz Szczepaniak zdołał pokonać bramkarza gospodarzy, który znów był niekonkretny. To nie ten sam Dušan Kuciak, którego można pamiętać choćby z poprzedniego sezonu. Oczywiście, nadal liczby przemawiają za nim, jednak jego skuteczność w ostatnim czasie zdecydowanie spadła. Wynik spotkania w doliczonym czasie gry ustalił Papadopulos. Za występ należy również pochwalić Tomasza Jodłowca, który do skuteczności w defensywie dołożył również asystę przy pierwszej bramce dla Piasta. Z drugiej strony nieźle zaprezentował się Sławek Peszko, który wykreował kilka naprawdę groźnych akcji.

Trzy punkty przywiezione z Gdańska pozwoliły Piastowi wyjść ze sfery spadkowej.

Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem

Powrót Ekstraklasy na Bułgarską przyniósł nam skromne zwycięstwo Lecha nad Pogonią Szczecin. Niektórzy spytają: „Ale jak? 2:0 to przecież nie taki zły wynik.”. Prawda. To nie jest zły rezultat zważywszy na postawę Kolejorza w poprzedniej kolejce, jednak mając w pamięci liczbę niewykorzystanych sytuacji zawodników gospodarzy, ich kibice mogą odczuwać niedosyt. Portowcy do Poznania przyjechali w pozytywnych nastrojach. Byli doskonale świadomi swojej dyspozycji i niewątpliwie „zwęszyli” okazję, aby utrzeć nosa Poznaniakom. Już w 20. minucie na ziemie sprowadził ich Darko Jevtić. Wystawiony przez trenera Bjelicę na prawej stronie boiska skrzydłowy wykonał swoją markową akcję i wcisnął piłkę tuż przy prawym słupku. Należy jednak zaznaczyć olbrzymi wkład przy tej bramce dwóch zawodników: Nikoli Vujadinovića i Macieja Gajosa. Pierwszy przerwał akcję Szczecinian efektownym sombrero. Drugi wykonał ostatnie podanie. Lechici mieli jeszcze dwie poważne szansę na podwyższenie tego wyniku w pierwszej połowie jednak najpierw szczęścia zabrakło Gytkjærowi a później Radkowi Majewskiemu.

W drugiej części niewiele do wyrównania zabrakło Ricardo Nunesowi. Kilka minut później kolejną w tym roku świetną interwencje zaliczył Jasmin Burić. Niemal z samej głowy zdjął piłkę Zwolińskiemu, który stał metr (jak i nie mniej!) od linii bramkowej.

Kibice szczecińskiej Pogoni nie są zbytnio zadowoleni z gry swoich ulubieńców w meczu z Lechem. Nie udało się wykorzystać słabszej gry poznańskiej drużyny w drugiej połowie spotkania, chociaż gdyby nie genialna interwencja Buricia, to być może sytuacja wyglądałaby inaczej. Bez gdybania za to można powiedzieć, że następny mecz Portowców z Wisłą Płock będzie hitem następnej kolejki Ekstraklasy. Będąca na fali Wisła nie będzie łatwym przeciwnikiem, ale od takich spotkań zaczyna się marsz po ważne osiągnięcia. Takim w tym sezonie będzie stałe opuszczenie przez Pogoń strefy spadkowej. – ocenia @Sebastian, który z wielkimi nadziejami podchodził do meczu w Poznaniu.

W 81. minucie kropkę nad „i” postawił Emir Dilaver. Pozwoliło to kibicom zgromadzonym na stadionie nieco odetchnąć z ulgą, ponieważ gra ich ulubieńców wcale nie zachwycała. Pocieszająca jest wciąż wysoka forma formacji defensywnej, jednak z przodu nadal „ani widu, ani słychu”. Christian Gytkjær co prawda był widoczny (w porównaniu z poprzednim meczem), jednak to nadal cień snajpera, jakim był. Khoblenko swoją zmianą tym razem nie wniósł za dużo.

Górnik wraca na właściwe tory

Na zakończenie kolejki w Zabrzu miejscowemu Górnikowi przyszło się zmierzyć z Bruk-Bet Termalicą Niecieczą. Po ostatnim słabym występie przeciwko Wiśle Płock, gospodarze chcieli jak najszybciej zmyć plamę z honoru. Do wyjściowego składu wrócili Suarez i Wieteska zawieszeni na czas poprzedniego spotkania. Górnicy mieli więcej konkretnych sytuacji. Swoją przewagę udokumentowali w 30. minucie za sprawą gola Łukasza Wolsztyńskiego. Mądrze w tej sytuacji zachował się Igor Angulo, który widząc wychodzącego na czystą pozycję kolegę podał do niego, zamiast samemu wykończyć tę akcję. W drugiej połowie przewagę gospodarzy potwierdził Rafał Kurzawa. Reprezentant Polski prezentuje bardzo wysoką formę już od samego startu rozgrywek i jest poważnym kandydatem do wyjazdu na mundial. W 74. minucie Jana Muchę po raz trzeci pokonał Kądzior.

Trzech młodych muszkieterów z Zabrza nie dało Termalice żadnych szans.

 

Komentarz odautorski: Tym razem z mniejszą dozą kibicowskiego subiektywizmu oraz bez jedenastki i anty-jedenastki kolejki – wyjątkowo! Pracuję właśnie nad większą przejrzystością podsumowania. Efekty – mam nadzieję – już za tydzień 😉

Wiktoria ŁABĘDZKA

  • Herby widoczne na grafice użyte zostały w celach informacyjnych.

Wiktoria Łabędzka

Entuzjastka sportu i polskiego rocka. Grafik 2D amator. Kibol. Studentka UAM.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi