Wrocławski „Potop” i niecieczański cyc

„Sapieże nie wypadało pytać, co by takiego było, spojrzał tylko z ciekawością na Karola Gustawa, ten zaś zrozumiał spojrzenie i odrzekł odgarniając, wedle zwyczaju, włosy za uszy:
– Zaofiaruję mu województwo lubelskie jako niezawisłe księstwo – korona skusi go. Żaden by z was się takiej pokusie nie oparł, nawet dzisiejszy wojewoda wileński.
– Nieograniczona jest hojność waszej królewskiej mości – odparł, nie bez pewnej ironii w głosie, Sapieha.
A Karol odpowiedział z właściwym sobie cynizmem:
– Daję, bo nie moje.”

Zdaje się, że tak mniej więcej wyglądały kulisy pożegnań Jana Urbana i Adama Matyska ze Śląskiem Wrocław i zastąpienia ich kolejno Tadeuszem Pawłowskim i Darkiem Sztylką. Schemat wydarzeń opisywany już przez Henryka Sienkiewicza w „Potopie” towarzyszy bodaj każdej zmianie trenera we wrocławskim klubie. Nie sposób powiedzieć, że ta decyzja to pomyłka – pomyłką było samo zatrudnienie obu panów, choć należy zauważyć, że Wesoły Janek ma, parafrazując „Kilera”, chyba na drugie imię „Pomyłka”. Gdzie się nie zatrudni, tam pasmo klęsk. W Lechu poza przypadkowym zwycięstwem nad Fiorentiną nie osiągnął nic, bo i w Pucharze Polski, w pamiętnym finale zakończonym bombardowaniem murawy, przez ludzi, którzy zachowywali się bardziej jak uchodźcy z Afganistanu niż kibice piłkarscy, przegrał z Legią, a i do Europy koniec końców nie dojechał. Wcześniej Zagłębie, Polonia Bytom – wszystko bez szału i bez historii. W pierwszym podejściu do Legii frajersko przegrał mistrzostwo Polski, w drugim już wprawdzie po nie sięgnął, ale pamiętamy jak Wojskowi się po końcowy triumf czołgali – zdobyli go głównie dzięki temu, że większym frajerem okazał się Lech Poznań. Czy Urban i jego drużyny mają jakikolwiek styl? Nie, grają ślamazarnie, bez polotu, pozorując szeroko rozumianą grę kombinacyjną. W schyłkowym okresie w Legii opierał się na stałych fragmentach gry – ile bramek zdobyli Jodłowiec z Rzeźniczakiem po wrzutkach Brzyskiego czy Furmana? Bardzo dużo.

W Pawłowskiego i Sztylkę zupełnie nie wierzę, przyznanie im posad w pierwszej drużynie to pusty gest, typowo pod ugłaskanie kibiców Śląska, którzy stają się coraz bardziej zniesmaczeni sytuacją panującą w klubie. Każda zmiana szkoleniowca, czy innego ważnego rangą działacza klubowego i dyskusja nad następcą kończy się w takim sienkiewiczowskim stylu. Król Rafał ofiaruje kandydatowi, który wypadł z bębna maszyny losującej posadę szkoleniowca jako niezawisłe księstwo, po czym skwituje: „Daję, bo nie moje”. A o takie stwierdzenie pokusić jest mu się wyjątkowo łatwo, Król doskonale wie, że jednym, odłączającym kroplówkę ruchem, mógłby sprawić, iż Śląsk Wrocław skończyłby jak przykładowy Widzew. I jest w stanie zrobić to bez mrugnięcia okiem.

Sam Pawłowski popracuje pewnie do końca sezonu (i to mimo 2,5-letniego kontraktu), utrzyma Śląsk w lidze, ale nic poza tym i latem wróci do Akademii, a klub zatrudni jakiegoś, dajmy na to, Mroczkowskiego. „Sztyli” dobrze życzę, jednak akurat jemu nigdy nie wróżyłem roli i kariery dyrektora sportowego. Mówiąc szczerze, to jego widziałbym na ławce trenerskiej WKS-u.

O Herr Sportdirektorze nawet nie mam ochoty za bardzo się rozpisywać – nie kochali go kibice, za walną pomoc w spadku z ligi ćwierć wieku temu (do dziś określany jest „sprzedawczykiem”), nie kochał go nikt obecnie w klubie, z samym Wesołym Jankiem świdrowali się wzrokiem jak bazyliszki. Owszem letnie okienko od biedy można uznać za udane – przyszli Piech, Robak, Kosecki, czy Jović, jednak ilu z nich naprawdę wypaliło? Jedynym, który w miarę regularnie rozgrywa dobre zawody jest postrach świdnickich klinik, szpitali i weterynarzy, czyli Arek Piech (no, może jeszcze Chrapek). Robak postrzelał na początku i się zaciął, Kosecki już od paru ładnych lat leci po równi pochyłej w dół, Jović z Cotrą wiecznie kulawi, o Vacku i Tarasovsie nawet nie wspominajmy – dno, przykryte grubą warstwą mułu. Słowik? Jeden dobry mecz z Zagłębiem, poza tym coś obroni, czegoś nie, ot, ligowa robota na 3+.

Syf trenerski, jak zawsze możemy poobserwować też w Niecieczy. Wiemy już, że Bartoszka zastąpi Jacek Zieliński, czego niezmiernie żałuję. To za dobry trener (podobnie jak zresztą MB), by marnować się na pracę w takich warunkach. Ma opinię dobrej „nowej miotły”, co udowodnił w Cracovii, przejmując rozpieprzoną drużynę i najpierw z łatwością utrzymał ją w lidze, a w kolejnym sezonie wywalczył awans do pucharów. Tym razem nie wróżę mu nic dobrego – przewiduję, że Termalica zleci z ligi, a Zielińskiego wymienią… jeszcze przed meczami grupy spadkowej, jego następcą zaś zostanie, nie kto inny jak legendarny „Edek z fabryki kredek”, czyli Edward Lorens. Starego niedźwiedzia ciągnie do miodu. Chociaż, szczerze mówiąc, do standardów panujących w gminie Żabno najbardziej pasowałby mi Wojciech Stawowy (jak powszechnie wiadomo – „najlepszy trener ligowy”). Tylko on potrafiłby tak pięknie opowiadać o marzeniach, mistrzostwie Polski i Lidze Mistrzów. A jednocześnie dobrać się do niecieczańskiego kurka z kasą i ssać niczym osesek mleko matki. Czy może raczej niczym Sasha Grey w popularnych filmach przyrodniczych.

 

 

Zdjęcie: Śląsknet.com

One thought on “Wrocławski „Potop” i niecieczański cyc

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi