Podsumowanie 24. kolejki Lotto Ekstraklasy

Wczoraj się zakończyła, następna już nadchodzi. Mowa oczywiście o kolejnych rundach Lotto Ekstraklasy. Miniona 24. była dla widzów zgromadzonych na stadionach i przed telewizorami zdecydowanie mniej łaskawa. Obejrzeliśmy podczas niej dwa razy mniej bramek niż w poprzedniej, a mianowicie 12. Przyniosła jednak kilka niespodziewanych rozstrzygnięć. Więcej na ich temat przeczytacie w poniższym podsumowaniu. 

Kolejny weekend z Ekstraklasą w 2018 roku rozpoczęliśmy w Lubinie. Miejscowe Zagłębie podejmowało tam Arkę Gdynia. Fani zgromadzeni na stadionie przy ulicy imienia Marii Skłodowskiej-Curie spodziewali się zaciętego meczu, mając w pamięci boje obu zespołów prowadzone do ostatnich sekund, jak choćby gospodarzy z Legią, czy gości z Wisłą. Na oczekiwaniach jednak poprzestano. I choć początek pierwszej połowy reprezentował dość niezły poziom, w miarę upływu kolejnych minut można było nieco przymknąć oko ze znudzenia. Miedziowi przeważali. Udało im się nawet zdobyć bramkę w 12. minucie spotkania. Po konsultacji z sędzią odpowiedzialnym za system VAR została jednak unieważniona, ze względu na pozycję spaloną Sasy Balicia, który bezpośrednio dogrywał do egzekutora tej akcji, Ľubomíra Guldana.

Drugą połowę lepiej rozpoczęli gracze Leszka Ojrzyńskiego. Szybko jednak jej tempo spadło i na kolejną poważną sytuację dane nam było czekać niemalże pół godziny. Po strzale Alana Czerwińskiego dobrze interweniował Šteinbors. Już w doliczonym czasie gry byliśmy świadkami niemałej kontrowersji. Po kontakcie z Frederikem Helstrupem kapitan gospodarzy padł na ziemię w polu karnym Arki. Daniel Stefański po konsultacji z „wozem” nie podyktował jednak karnego.

Piątkowe spotkanie z pewnością nie należało do Filipa Starzyńskiego. Reprezentant Polski zmarnował kilka naprawdę dobrych sytuacji Zagłębia. W 34. minucie mógł zostać bohaterem po błędzie golkipera Arki. Piłka trafiła wprost pod jego nogi, jednak kopnął ją za słabo. Šteinbors powracający do pustej bramki zdołał sparować ją na rzut rożny. Kilka minut później pomocnik za bardzo wypuścił sobie futbolówkę, która wypadła na aut. W ten sposób zaprzepaścił dobrą kontrę zapoczątkowaną przez kolegów z zespołu. W 78. minucie spotkania znów nieczysto trafił w piłkę będąc w polu karnym gości.

Zagłębie Lubin 0:0 Arka Gdynia. Gospodarze nadal bez zwycięstwa w nowym roku.

Rzeź „niewiniątek”

Jagiellonia bardzo konsekwentnie zapoczątkowała zmagania w rundzie wiosennej i pomimo że początek spotkania na to nie wskazywał, pewnie pokonała gości z Gdańska aż 4:1. To właśnie Lechia rozpoczęła ekspansję na oddalony daleko na wschód Białystok, jednak gospodarze bardzo szybko zwarli szyki i odparli atak intruza. W 26. minucie Pawełek został pokonany przez Marco Paixão. Na odpowiedź nie trzeba było czekać długo, a dokładniej trzy minuty. Wynik spotkania wyrównał Piotr Wlazło, a okoliczności tego trafienia można określić mianem komicznych (gola można obejrzeć tutaj).

Pierwsza połowa była obwita w „ciasteczka” i „truskawki na torcie”. Z pewnością najsmaczniejsza z nich była bramka Romana Bezjaka, który w polu karnym Gdańszczan zabawił się z Gérsonem i pewnie posłał piłkę do siatki. Druga odsłona spotkania potwierdziła dominację gospodarzy. Agresja, ambicja i głód bramek. Przełożyło się to kolejno na trafienie Pospíšila i ustalające wynik spotkania, Świderskiego.

W ciągu trzech minut dwukrotnie został użyty system VAR. Sędzia Musiał najpierw sprawdzał czy przy pierwsza bramka Jagiellonii nie padła z spalonego oraz sporną sytuację z 34. minuty, gdzie jeden z zawodników Biało-Zielonych zagrał piłkę ręką. Co prawda była ona przy ciele, jednak wykonano ruch w jej stronę. Arbiter nie podyktował „jedenastki” z czego zapewne będzie musiał się słono tłumaczyć w pewnych środowiskach.

To był ciekawy mecz, w którym Jagiellonia pokazała swój kunszt. Bardzo dużo akcji ofensywnych kreował Novikovas, który posyłał groźne piłki do Bezjaka. Lechia wykorzystała brak krycia i przez Ivana Runje zdobyła bramkę. Wlazło zastąpił Bartka Kwietnia na solidnym poziomie, aczkolwiek u Piotrka brakuje techniki i niekiedy kreatywności. Świetny mecz Romana Bezjaka, który przypieczętował zdobywając piękna bramkę. Moim zdaniem był to najlepszy mecz Jagiellonii w tym sezonie. Liczę na podobną grę we wtorek i odskoczenie Legii na kilka oczek. – po raz kolejny dla naszego portalu mówi Maciej.

Jagiellonię chce się oglądać. Z pewnością jest to zespół bardzo dobrze zarządzany, który pomimo że z każdym następnym sezonem jest pozornie osłabiany, tak naprawdę powoli rośnie w siłę. Na pochwałę za występ w tym spotkaniu zasługuje cała drużyna, jednak szczególnie wyróżniającymi się zawodnikami byli strzelcy bramek oraz świeżo upieczony Polak, Taras Romanczuk.

To koniec serii Gdańskiej Lechii sześciu meczów bez porażki przeciwko Jagiellonii.

#CopaDelGminaZabno

Świadkiem prawdziwego hitu, fani Ekstraklasy mieli być w sobotnie popołudnie. Bruk-Bet Termalica Nieciecza na własnym stadionie podejmowała Sandecję Nowy Sącz. Spotkanie to było szumnie zapowiadane, szczególnie przed użytkowników Twittera. Ich charakteru jednak można łatwo się domyślić. Warunki atmosferyczne postanowiły wzbogacić dramaturgię tego pojedynku o naprzemienne słońce z opadami śniegu. Rozpoczęło się spokojnie od wymiany kilku ciosów z obu stron. Gospodarze jednak przeważali a przed pierwszą poważną szansą stanęli w 8. minucie. Golkiper Sandecji Michał Gliwa niedobrze przyjął piłkę, co pozwoliło na przejęcie jej przez Bartosza Śpiączkę. Podopieczny Jacka Zielińskiego, debiutującego w roli trenera Słoni, szukał jednak rozwiązania tej akcji w postaci rozegrania z kolegami co zaprzepaściło ich akcję. Nowosądeczanie szukali swoich szans w postaci kontrataków.

Termalica jak zwykle stwarzała zagrożenie z stałych fragmentów gry. Z każdą kolejną minutą oba zespoły intensyfikowały swoje starania, jednak mimo to można było nieco przysypiać. Pobudzić mogły dwie groźne sytuacje gospodarzy w samej końcówce pierwszej połowy.

W drugiej części Wojciech Trochim zastąpił Adriana Danka. Była to zmiana, która dość sporo wniosła w grę gości z Nowego Sącza, choć efekt zmiennika powolnie gasł. Spotkanie „rozbujało się” na dobre w samej końcówce. To właśnie wtedy Termalica jest najskuteczniejsza, co potwierdziła i tym razem. W 80. minucie spotkania wysunęli się na prowadzenie, ale o ile okoliczności towarzyszące pierwszej bramce dla Jagiellonii nazwałam komicznymi, naprawdę nie wiem jak określić te. Atmosfera godna derbów to i bramka musiała jej dorównać. Cytując twitterowy wpis STS: „W 80. minucie Roman Gergel strzela gola Adrianem Bastą. 1:0 dla BBT!”. To mówi wszystko. Gliwa był przygotowany na główkę napastnika gospodarzy, ale niefortunna interwencja kolegi z zespołu całkowicie pozbawiła go szans na złapanie futbolówki. Sandecja miała jeszcze dwie groźne sytuację, aby wyrównać wynik spotkania. Najpierw w 89. minucie huknął z daleka Brzyski, chwilę później już w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry strzelał Jakub Bartosz.

Wisła uległa

Wisła Płock odniosła porażkę w wyjazdowym spotkaniu przeciwko Pogoni Szczecin. Nie można jednak powiedzieć, że było to jednostronne spotkanie. W pierwszej połowie to gospodarze mieli więcej konkretnych sytuacji, między innymi po dwóch rzutach wolnych. Raz jednak dobrze zachował się bramkarz Nafciarzy Thomas Dähne, później zawodnicy w murze. Jednak pech sprawił, że po odbiciu od nich futbolówka trafiła pod nogi Jakuba Piotrowskiego. Ten próbował oddać strzał z powietrza, jednak wyszła z tego asysta, a egzekutorem okazał się być Kamil Drygas. Zawodnicy drużyny przyjezdnej zgłaszali spalonego i początkowo trafienie nie zostało uznane. Po konsultacji z sędzią VAR Tomasz Listkiewicz zmienił swoją decyzję.

Druga połowa rozpoczęła się w podobnym tempie do pierwszej. To Portowcy stworzyli sobie pierwszą groźną sytuację, lecz zabrakło skutecznego wykończenia. W 58. minucie po rzucie rożnym wykonywanym przez Semir Štilić do siatki Zaluski trafiła piłka posłana głową przez Igora Łasickiego, który urwał się obrońcy Pogoni.

Bramkę na wagę zwycięstwa ujrzeliśmy dziesięć minut później. Tym razem do siatki trafił Morten Rasmussen, który przeniósł się do Szczecina pod koniec stycznia. Dobrze w tej sytuacji zachował się Frączczak, który podał piłkę do asystującego Buksy.

Pod koniec spotkania lewy słupek bramki gospodarzy zdołał musnąć Dominik Furman z rzutu wolnego. Goście z Płocka wrócili do domu bez punktów.

Emocje bez goli

W ten sposób najłatwiej opisać jeden z najciekawszych meczów 24. kolejki Lotto Ekstraklasy. W Krakowie ani gracze miejscowej Cracovii, ani goście z Warszawy nie raczyli uradować bramkami grupy fanów zgromadzonych przy ulicy Kałuży, czy tej przed telewizorami. Na brak emocji nie można było jednak narzekać. Pierwsze minuty starcia charakteryzowały się wysoką intensywnością. Już w 2. minucie Legia mogła objąć prowadzenie. Po próbie wybicia piłki przez Dityatjeva, ta odbiła się od Pestki i trafiła wprost pod nogi Niezgody. Jarosław nie szukał jednak indywidualnego wykończenia akcji, a podał do Hämäläinena. Fin trafił w słupek. Przez kolejnych kilka minut to właśnie goście byli stroną dominującą, jednak drużyna trenera Probierza powoli budziła się i skutecznie przeciwstawiała Wojskowym. Stwarzali nawet swoje sytuację, szczególnie około 30. minuty spotkania. Najpierw po rzucie rożnym w ręce Malarza futbolówkę skierował Dimun, później w podobnych okolicznościach strzelał Helik. Tym razem od utraty gola stołeczny klub uratował Marko Vešović, który stał na linii bramki. Była to zresztą wyróżniająca się postać w całym spotkaniu i bohater akcji z 42. minuty, gdzie po kontrze przeszedł dwóch obrońców Cracovii i zabrakło mu naprawdę niewiele, aby wpisać się na listę strzelców.

Po gwizdku rozpoczynającym drugą część spotkania gospodarze zaczęli przeważać. Byli groźni nie tylko jak zazwyczaj z stałych fragmentów gry, ale także z akcji. Dobrze prezentował się Rakels i Čovilo. W 55. minucie ten pierwszy zepsuł jednak świetną szansę na objęcie prowadzenia. W 63. minucie natomiast to Legia znalazła się w wyśmienitej sytuacji. Kasper Hämäläinen już niemalże cieszył się z gola, lecz piłkę w ostatniej chwili, tuż sprzed linii, wybił wspomniany już wcześniej Michał Helik.

W 70. minucie Cracovia mogła objąć prowadzenie. Krzysztof Piątek wygrał starcie z Michałem Pazdanem i już biegł w kierunku bramki Arkadiusza Malarza, gdy to sędzia Frankowski odgwizdał faul na reprezentancie Polski. Była to jednak dość kontrowersyjna decyzja, która pobudziła niektóre środowiska.

Cracovia w końcu zagrała tak by chcieli ją oklaskiwać kibice. Szkoda jednak, że nie zjawiło się ich wiele. Pasy pokazały, że przeciwko Legii można zagrać agresywnie i z ambicją. Zespół Probierza „zabił” środek pola Legii, przez co przewagę przez większość meczu mieli gospodarze. U Wojskowych zabrakło Philippsa, natomiast w zespole Cracovii zagrał Dimun, który niespodziewanie przejął rolę lidera tej części boiska od Luksemburczyka. Dzięki temu to właśnie Pasy kreowały sobie więcej akcji, głównie z kontry, ale skuteczność pod bramką Malarza znowu zawiodła. W defensywie wyróżnić można każdego. Legia w zasadzie wykonała 3-4 ciekawe akcje przez cały mecz, co powinno dać do myślenia kolejnym rywalom. Michał Probierz pokazał jak rozgryźć Legię. – mówi Dominik z portalu „Tylko Ekstraklasa”.

Głównym mankamentem gospodarzy był brak dokładności przy ostatnim podaniu, widoczny szczególnie w końcówce spotkania. Obie strony zagrały jednak dobrze. Cracovia skazywana na pożarcie zaskoczyła niejednego. Był to kolejny dobry mecz Miroslava Čovilo. Na pochwałę zasługuje również Helik. Piątek i Rakels nie zagrali najgorzej. Były momenty, w których prowadzili grę, jednak zabrakło im jednego – skuteczności. W Legii natomiast nieco zawiedli Michał Pazdan i William Rémy. Szczególnie finałowe minuty okazała się być dla nich dość bolesne, gdzie brakowało im już sił. Nie błysnęła także ofensywa. Młody Szymański, który otrzymał kolejne minuty od trenera Jozaka nie potrafił nawiązać do poziomu z spotkania z Zagłębiem.

To pierwsze punkt Cracovii zdobyty przeciwko Legii od grudnia 2011 roku.

Nerwowa końcówka w Gliwicach

Ligową niedzielę rozpoczęliśmy równocześnie na dwóch stadionach. W Gliwicach  miejscowy Piast podejmował Wisłę Kraków. Spotkanie obfitowało w sporą liczbę pojedynków. W drugim kwadransie spotkania dwie niezłe sytuacje wypracowali sobie gospodarze. Po przerwie to jednak Wiślacy zaczęli z wysokiego C. W 57. minucie po strzele Jesúsa Imaza mogli nawet objąć prowadzenie, jednak Jakub Czerwiński do końca pobiegł za futbolówką i w ten oto sposób uratował swój zespół. Szmatuła w tej sytuacji dał się stanowczo za łatwo ograć reprezentantowi Białej Gwiazdy.

Gospodarze stworzyli groźną sytuację w 63. minucie. Najpierw jednak niepewnie przyjął Czerwiński, później strzał Papadopulosa wybronił Buchalik, a gdy piłka trafiła pod nogi Szczepaniaka, ten posłał ją wysoko nad bramką. Bramkarz popisał się także kilka minut później, gdy to zatrzymał akcję Koruna.

Końcówka pojedynku była dość emocjonująca. Dwa celne strzały zanotował Tom Hateley. W 89. minucie spotkania z boiska wypadł bohater poprzedniego meczu Wisły, Zoran Arsenić. Okoliczności pokazania czerwonej kartki są jednak nieco dyskusyjne.

Przewaga, która na nic się zdała

Tak można określić przewagę liczby oddanych strzałów, ba nawet i celnych przez graczy Górnika, którzy w drugim niedzielnym spotkaniu udali się do Wrocławia na pojedynek z Śląskiem. 5-22 i 1-9. W ostatecznym rozrachunku na nic się to jednak zdało. Tym razem na listę strzelców jako pierwszy wpisał się inny młody gniewny z Zabrza, czyli Michał Koj. W 7. minucie spotkania władował piłkę głową będąc niespełna metr od bramki. Początkowo arbiter trafienia nie uznał, jednak po konsultacji naprawił swój błąd. Do końca pierwszej części goście dominowali. Stworzyli sobie liczne okazje, nie umieli jednak w pełni ich wykorzystać.

Śląsk Wrocław nieco przebudził się po przerwie i choć Górnik nadal był groźny, szukali swoich szans. W 66. minucie wreszcie to zaprocentowało. Pierwszy – i jak się później okazało jedyny – celny strzał na bramkę Tomasza Loska i od razu bramka. Bohaterem Wrocławian ponownie został Piech. Górnik wzmożył starania. Jakub Słowik stał jednak na straży bramki gospodarzy i pilnował, aby tego dnia już nic złego im się nie stało. Tak było też w przypadku rzutu karnego wykonywanego przez Igora Angulo. Pewna interwencja golkipera Śląska dała im jeden punkt.

Stoi na stacji lokomotywa

Chciałabym kontynuować wiersz od innego miejsca, ale najwyraźniej muszę się cofnąć do początku. Lech pojechał do Kielc pełen nadziei na przerwanie złej, wyjazdowej passy bez zwycięstwa. Miał w tym pomóc między innymi odmieniony skład. W ostatecznym rozrachunku plany te spełzły na niczym. Korona zaczęła z przysłowiowej „grubej rury”. Przed gonitwą już od 3. minuty spotkania, Kolejorza uratowała tylko kolejna wyśmienita interwencja Jasmina Buricia. Nika Kaczarawa w tej sytuacji bezproblemowo poradził sobie z defensywą drużyny przyjezdnej i wyłożył piłkę do Jacka Kiełba. Ten własnym oczom nie wierzył, że futbolówka nie wpadła do bramki. O ile gospodarze byli agresywni i dynamiczni, o tyle Lech spokojnie konstruował swoje ataki, nieco na kształt zwolnionego ataku pozycyjnego. Najpoważniejszą sytuację wykreowali sobie w 24. minucie. Janicki zagrał to Khoblenki. Diaw nie zdołał przeciąć tego podania i napastnik Lecha pędził z piłką w stronę wychodzącego z własnego pola karnego Alomerovicia. Zdołał go wyminąć, jednak dobrze krył go Dejmek, który nie pozwolił oddać Ukraińcowi czystego strzału.

Staram się stronić od krytyki Lecha, jednak jego postawa w rundzie wiosennej wybija mi z głowy wszystkie argumenty. Przede wszystkim brakuje kreowania, rozegrania, pomysłu na grę z przodu i polotu. Przypomina mi to grę pozycyjną w zwolnionym tempie. Odnoszę wrażenie, że brak nam kontroli nad meczem. Wcześniej czy graliśmy lepiej czy gorzej w większości ten spokój był. Problem jest też z jakością dośrodkowań – po prostu nic z nich nie wynika. Dodam słowo kontratak – wydaje się, że takie coś nie funkcjonuje w ogóle. – ocenia na gorąco Krzysztof, znany z Twittera kibic Kolejorza.

Korona w ostatnich dziesięciu minutach pierwszej połowy zdołała wykreować sobie dwie poważne sytuacje, jednak zabrakło skuteczności. W podobnym tempie zaczęli drugą część. Wciąż agresywnie z ciągiem na bramkę. W 54. minucie nie wykorzystali zawahania Bośniaka z polskim paszportem w bramce Lecha. Odwetowali to sobie kwadrans później trafieniem Gorana Cvijanovicia. Słoweniec oddał strzał zza pola karnego, futbolówka nieszczęśliwie trafiła w Roberta Gumnego, który zmienił tor jej lotu i wpadła do siatki. Bramkarz Lecha w tej sytuacji nie był w stanie nic zrobić. Przygotowany na strzał pomocnika, zupełnie zaskoczył go rykoszet.

Nenad Bjelica postanowił zwiększyć szanse swojego zespołu na jakkolwiek korzystniejszy wynik i posłał na plac gry dwóch napastników – Koljicia i Gytkjæra. Gra Lecha nie zaskoczyła jednak i wyglądała podobnie jak w spotkaniach przed przerwą, czyli długa piłka na napastnika w oczekiwaniu, że ten zdoła coś z nią zrobić. Taka taktyka znów zawiodła. Promyczek nadziei pojawił się w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry. Mariusz Złotek podyktował rzut karny za faul Ken Kallaste na duńskim napastniku Kolejorza. I na tym się skończyło, ponieważ strzał zainteresowanego został wybroniony przez bramkarza Kielczan.

Nie najlepszym rozwiązaniem okazało się być wystawienie Emira Dilavera na pozycji defensywnego pomocnika. Pomimo, że jest to gracz, któremu w przeszłości zdarzało się tam grać, nie biła od niego ta pewność siebie, którą wykazuje w obronie. Po jednym z jego niedokładnych podań Korona przeprowadziła groźny kontratak. W grze Macieja Gajosa można dostrzec pewien progres, jednak nadal nie jest to ten gracz, który przyszedł z Jagiellonii i dobrze prezentował się w niebiesko-białej koszulce. Młody Jóźwiak chyba zawiódł trenera, który zmienił go już w przerwie. Zmiennik Radut również się jednak nie wykazał. Zapewniający o pokonaniu słabszego okresu Radosław Majewski nadal jest cieniem piłkarza, którym był zaraz po przyjściu do Lecha. Mario Šitum z pewnością ma wysoki potencjał, jednak jego przesadne dryblingi kończą się zwykle stratą piłki i są nieco irytujące. Napastnicy – ach, zgrozo… Uważam, że to nie był wcale tragiczny występ Khoblenki. Zmarnował bardzo dobrą sytuację, prawda. Potrafił jednak podjąć próbę utrzymania się przy piłce, gdy nie miał okazji do strzału a z przodu brakowało kolegów. Koljič – wniósł swoją zmianą kilka dobrych zagrań. Wzrost procentuje.

Dużo to mówi, gdy najlepszym graczem Lecha w ostatnich meczach jest Burić. Również, jeżeli chodzi o całą obronę plus Trałkę. Nie mogę powiedzieć tutaj złego słowa. Tracimy mało bramek, Bułgarska stała się twierdzą… I tyle. Koniec pozytywów. Nenad wie, że poprzedni sezon to była jego największa porażka w karierze trenerskiej. Rewolucja w składzie była przeprowadzona pod jego dyktando. Jest dobrym trenerem, ale jeżeli chodzi o strategię i taktykę… nie wiem, dlaczego do głowy przychodzi mi Smuda. Dlatego też uważam, że w takim przypadku bierze całkowitą odpowiedzialność za wynik. I to coraz bardziej będzie nad nim ciążyć. – dodaje.

Pochylę się jeszcze krótko nad Koroną, ponieważ im się to należy. Cvijanović długo niewidoczny pokazał się w miejscu i czasie, w którym trzeba było. Nika Kaczarawa był widoczny szczególnie na początku spotkania. Z czasem, gdzieś umknął. Bohaterem meczu, a przynajmniej jego ostatnich minut – Zlatan Alomerović. Jacek Kiełb natomiast nie zaliczył najlepszego występu. Zmarnował kilka dogodnych sytuacji, a w dodatku swą porywczością mógł narazić zespół na grę w dziesiątkę.

Wiktoria ŁABĘDZKA

Herby klubów użyto w celach informacyjnych.

Wiktoria Łabędzka

Entuzjastka sportu i polskiego rocka. Grafik 2D amator. Kibol. Studentka UAM.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi