Idemo dalje… Donikąd

Nie ukrywam, że tekst piszę ze smutkiem, bo przyjście Nenada Bjelicy do Lecha Poznań wówczas wywoływało u mnie sporą dawkę emocji, a osobiście z Chorwatem wiązałem duże nadzieje w kontekście walki o puchary do klubowej gabloty czy przywrócenia wspomnień z fantastycznych występów „Kolejorza” sprzed paru lat na arenie międzynarodowej. Przeliczyłem się, a czas Bjelicy w Poznaniu dobiega powoli końca.

Zatrudnienie Jana Urbana od samego początku uważałem za coś niezwykle absurdalnego i nigdy w żaden sposób w warsztat tego szkoleniowca nie wierzyłem. Nie przeczę, Urban jest sympatyczną osobą, zapewne w szatni nikomu się znacząco nie naraził – trener wręcz idealny. To jednak pomysłu na rozochocenie kibiców do przychodzenia na pokaz jego autorskiej drużyny wielkiego nie miał. Tak szybko, jak wyciągnął Lecha z dołka po Macieju Skorży, tak szybko w niego wpadł, nie zapisując się niczym szczególnym w historii klubu ze stolicy Wielkopolski. Następca miał być inny, miał zmienić postrzeganie zespołu, zastrzegał wręcz, że pod jego kierownictwem kibice nie będą śmiać czy nawet irytować się z powodu postawy jego podopiecznych. Uwierzyłem, że może tak być.

Nenad Bjelica bardzo szybko zapunktował sobie dosłownie u wszystkich. U dziennikarzy – w zaskakująco dobrym tempie ucząc się języka polskiego, jak sam przyznawał, wynikało to z szacunku do ludzi i miejsca, w którym pracuje, a także u kibiców – wypychając wręcz swoich piłkarzy pod trybunę najzagorzalszych kibiców i nakazując im dziękować za wsparcie. Był to pierwszy trener od niepamiętnych mi czasów w Lechu, który po gwizdku sędziego wychodził na murawę i osobiście dziękował zasiadającym na trybunach INEA Stadionu sympatykom poznańskiego Lecha. Na konferencjach prasowych podkreślał, że są oni częścią niebiesko-białej rodziny i to dzięki nim będzie łatwiej o zwycięstwa.

„Kolejorz” chorwackiego trenera u początków jego pracy miał coś bardzo ważnego, czego brakuje mu teraz – jak i wielu polskim drużynom. Domyślacie się o co chodzi? O styl. Niezwykle odważne, szybkie wyjścia z wysokim pressingiem, ofensywna i dynamiczna gra to było coś, co wyróżniało Lecha od pozostałych ekip z Ekstraklasy. Bjelica miał w Poznaniu wszystko. Ogromny, jak pompowany wtedy balonik, kredyt zaufania u kibiców i parasol ochronny u zarządców klubu. Przytrafił się remis lub co gorsze: porażka – nie miało to wielkiego znaczenia, każdy potrafił wybaczyć. Dlaczego? A no dlatego, że grę poznańskiego Lecha dało się oglądać z zachwytem. Może przesadzę, ale „Kolejorz” grał wtedy najładniejszą i najlepszą dla oka, bardzo efektowną piłkę w Polsce. Nadzieje rosły coraz mocniej, iskierki tliły się coraz bardziej – szanse na mistrzostwo Polski czy choćby Puchar Polski już nie pozostawały w sferze odległych marzeń, a stawały się czymś realnym, na porządku dziennym.

Pierwszą rysą na osiągnięciach Chorwata w Lechu była porażka w finale Pucharu Polski z Arką Gdynia. Tłumaczono i głoszono wówczas: „winni polscy piłkarze, brakuje mentalności zwycięzcy, potrzeba zmian” – nikt, dosłownie nikt nie odważył się wtedy pisać czy głośno mówić: „porażka to wina Bjelicy”. Warstwa ochronna parasola była zbyt gruba, żeby takie sformułowania zdołałyby się przebić przez powszechnie panującą opinię. Do czasu. Brak mistrzostwa Polski i kolejna klęska z Legią Warszawa w drodze o tytuł, zajęcie ostatecznie słabego jak na nastroje i oczekiwania w Poznaniu, trzeciego miejsca – wyżłobiło rysę drugą, a nawet stwierdziłbym, że coś wtedy się skruszyło. Powszechniejsza stawała się opinia, że „ten Bjelica to w Poznaniu już jakiś czas jest, a gablota stoi pusta”. Nie dawało się tego ukryć: może i Lech miał przebłyski bardzo dobrej gry, to w ostatecznym rozrachunku dawało to dokładnie tyle samo, co zajęcie siódmego miejsca przez Pogoń Szczecin. Ani pucharu, ani radości.

Letnią przebudowę w Poznaniu obserwowałem z niezwykłym zapałem i wiązałem z przychodzącymi hurtowo piłkarzami duże nadzieje – zresztą, jak większość kibiców Lecha. Zostało rozpoczęte wdrażanie autorskiej drużyny Nenada Bjelicy. Znikała powolutku i po cichutku ewentualna wymówka: „ja ich nie ściągałem”. Sezon się rozpoczął, a wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju stylu gry drużyny szukać można było ze świeczką. Zaryzykuję stwierdzenie, że w tym sezonie Lech nie zagrał wybitnego spotkania – nawet wliczając to potyczkę z ówcześnie słabiej grającą od „Kolejorza” Legią. Tamto spotkaniu wielu osobom, również mi, zaciemniła nieco obraz tego, co prezentowali podopieczni Bjelicy na początku rozgrywek. Bezpośrednio przed pojedynkiem z mistrzem Polski wyglądało to tak: porażka ze Śląskiem, skromna wygrana z Koroną, remis z Pogonią, wyraźne wygrane z Arką i Termaliką i remis z Zagłębiem. Bilans 3-2-1 solidny, to jednak szału wielkiego nie robił – mając też na uwadze styl, jaki prezentowali piłkarze Lecha w tamtym meczach.

Nadeszła przerwa zimowa, a kibice Lecha nieco zaciągali rzeczywistość. Fakt: Lech zajmował wysokie drugie miejsce z niezłym dorobkiem punktowym jak na ostatnie lata, to jednak błędem jest stwierdzenie, że nie dało się lepiej. Dałoby się, gdyby był ten styl, ta ofensywna gra, której nie uświadczyliśmy w stolicy Wielkopolski od zeszłego sezonu. Czysty minimalizm, łączący się z polityką obecnego zarządu Lecha Poznań. Jak działa głowa, tak oddziałuje ona na całe ciało i organizm. Podobnie jest w piłce nożnej. Jak jesteś minimalistą i twoje działania są mało ryzykowne, nie dające wymiernego efektu i korzyści, tak później skonstruowana jest drużyna i tylko minimalizmu można od niej wymagać, także w meczach.

Postawy Lecha na początku rundy wiosennej nie chcę komentować, bo wiele słów zostało już wypowiedzianych, a nie różni się ona niczym od tej, którą widzieliśmy jesienią. Tylko wtedy o zdobyciu tytułu mówiło się w kontekście planu, odległej rzeczy, którą można dokonać za kilka miesięcy. Teraz im bliżej zakończenia rozgrywek, tym presja i oczekiwania rosną – nic w tym dziwnego, że po porażce z Koroną kibice Lecha wylali całą żółć, całą złość na wszystkich związanych z klubem. Cel (przynajmniej kibiców) się oddala.

Podsumowałem w dużym skrócie pracę chorwackiego trenera w Lechu, bo po dzisiejszej konferencji prasowej, w której Bjelica całkowicie odwraca słowa z początku swojej pracy, mówiąc „oczekiwania są większe, niż możliwości” – stwierdziłem, że jego czas w Poznaniu powoli dobiega końca i już niedługo zgasi on za sobą światło w szatni. Może się mylę, ale tak najprawdopodobniej będzie za parę dni. Fakt: Legia ma większe możliwości od Lecha, ale czy będąca wyżej od „Kolejorza” w tabeli Jagiellonia również? Walczący młodymi piłkarzami Górnik też? Wygrywająca z Lechem Korona? Remisująca Arka?

Szanujmy się. Bjelicy włączył się częsty syndrom u trenerów, którzy nie potrafią poradzić sobie z problemami, które trapią drużynę. Nerwowość, rezygnacja, ale też brak zauważenia błędów, które przecież musiały zostać gdzieś popełnione. Nie ukrywam, że Lech pod przywództwem Bjelicy „ide dalje”, ale niestety donikąd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi