Christian Gytkjaer: analiza gry w meczu z Lechią Gdańsk

Do Poznania przychodził prosto z niemieckiej Bundesligi. Nie udało mu się jej zwojować, jednak patrząc na statystyki strzeleckie w Norwegii, sprzed transferu – zdbywać gole potrafił. Długo nie był w stanie przekonać do siebie kibiców Lecha, ale jak już zaczął imponować, to na całego. Zapraszamy na analizę gry Christiana Gytkjaera w meczu z Lechią Gdańsk.

To zawodnik, który potrafi zdobywać bramki, a my takiego piłkarza w swojej drużynie potrzebujemy. W swojej karierze strzelał regularnie gole i wiemy, że będzie to robił w barwach Kolejorza. Obserwowaliśmy Christiana od kilku lat, jeszcze w czasach gdy grał w FK Haugesund. Później trafił do Rosenborga Trondheim i wtedy był poza naszym zasięgiem. Cieszymy się, że teraz udało się go pozyskać – mówił po transferze duńskiego napastnika wiceprezes Lecha na oficjalnej stronie klubu, Piotr Rutkowski.

Niedzielni kibice krytykowali, bardziej wpatrzeni w piłkę apelowali: jak on ma trafiać do bramki przeciwnika, skoro nie otrzymuje żadnych bezpośrednich podań? Ba, Gytkjaer ogółem dostawał bardzo mało podań w przeciągu całego meczu, więc nie dziwne, że liczby na początku sezonu nie były wybitne. Faktem jest to, że Duńczyk jest jednym z najbardziej efektywnych snajperów w polskiej lidze. Co to oznacza? Potrzebuje oddać najmniej strzałów, żeby piłka znalazła się w siatce. To o czymś świadczy.

Znakiem firmowym Gytkjaera jest wyprzedzanie obrońców przy dośrodkowaniach – czy to Kostevycha, Gumnego, Situma czy Raduta – i wkładanie nogi tam, gdzie większość piłkarzy boi się włożyć. Po takich zejściach udało mu się w bieżących rozgrywkach strzelić kilka goli. Ostatni mecz z Jagiellonią pokazał, że pokonywać bramkarza rywali potrafi również głową. Nie można odmówić mu walki, choć czasem większość obserwatorów ma wrażenie, jakby napastnik Lecha tylko na boisku truchtał. Jak ktoś kiedyś mądrze powiedział: lepiej mądrze stać, niż głupio biegać. Mało jest jednak prawdy o braku zaangażowania. Kiedy nadarza się okazja – pressuje i chociażby ostatnio udało mu się wymusić błąd na jednym z obrońców Jagiellonii Białystok i stworzyć dobrą sytuację do zdobycia bramki, ale później kluczowe zagranie zepsuł Radosław Majewski. Trzeba też podkreślić ważny fakt: w spotkaniu z drużyną Ireneusza Mamrota wychodziło mu praktycznie wszystko. Tak, jak w innych meczach przegrywał pojedynki powietrzne, tak ostatnio niemal każdy wygrywał i przy długich podaniach od zawodników z pierwszej linii –  potrafił świetnie rozprowadzić kontratak, podając do środkowego pomocnika lub skrzydłowych.

Analiza w meczu Lech-Lechia

Zaskoczyła odważna postawa drużyny gości od pierwszych minut. Podopieczni Piotra Stokowca wysoko i już na połowie Lecha próbowali odbierać piłki i dość często im się udawało – zważywszy na indywidualne błędy: czy to Raduta, czy Situma. Gracze Lechii w pierwszych dziesięciu minutach dwukrotnie wyprzedzali obronę „Kolejorza”, tworząc sobie dogodne okazje do zdobycia bramki, ale brakowało celności. Z lechistów najgroźniejszą okazję wypracował sobie Sławczew, ale trafił tylko w boczną siatkę.

Analizowanego Gytkjaera można było często zobaczyć po prawej stronie boiska, gdzie próbował dryblingów – stojąc naprzeciw Stolarskiego lub Sławczewa. Bez skutku – przynajmniej w pierwszym fragmencie meczu. Mogliśmy zauważyć próbę kombinacyjnej gry z udziałem Duńczyka, Majewskiego oraz Gajosa, która bądź co bądź – jedna z nich wydawała się być nieudana, to jednak po wielu przebitkach w polu karnym Lechii przyniosła efekt po silnym strzale Łukasza Trałki.

Lechici prezentowali to, z czego są  w meczach na swoim stadionie znani. Po pierwsze: wysoko ustawiona linia obrony, a po drugie: zagrania bocznych obrońców do środka, gdzie zazwyczaj stali Majewski lub Gajos, szybkie odegrania obiegających piłkarzy Lechii: Gumnego czy Kostevycha i szybkie dośrodkowanie w pole karne, gdzie na piłki czekał wspomniany Gytkjaer. On – albo próbował strzału głową, przedłużał piłkę w stronę stojącego wgłąb pola kolegi z zespołu, albo jeszcze wycofywał do stojących na piętnastym metrze pomocników „Kolejorza”, dając im okazję do strzału.

Podopieczni Nenada Bjelicy grając na wyjazdach bardzo często próbowali gry długimi podaniami na osamotnionego, stojącego obok linii defensywy przeciwników, duńskiego napastnika. Rzadko takie akcje sprawiały większe zagrożenie, a głównie przez to, że Gytkjaer źle przyjmował lub podania były całkowicie nieudanie. W meczu, kiedy przeciwnikiem była Lechia Gdańsk, pierwszego takiego zagrania – po efektownym przejęciu piłki od Sławomira Peszki – spróbował Maciej Gajos. Strzał w dziesiątkę. Perfekcyjne, wymierzone podanie za całą linię obrony ustawionej przez Piotra Stokowca to dokładnie to samo, co dla rolnika deszcz podczas suszy. Wyczekiwane i wręcz wymarzone, a takich szans Duńczyk nie zwykł marnować. Arkadiusz Szymanowski z portalu kkslech.com podał bardzo ciekawą statystykę z ostatnich gier Gytkjaera.

Lechia – 1 strzał, 1 celny, 1 gol

Jagiellonia – 7 strzałów, 2 celne, 1 gol

Legia – 1 strzał, 1 celny, 1 gol

Śląsk – 1 strzał, 1 celny, 1 gol

Termalica – 8 strzałów, 5 celnych, 3 gole

Potwierdza się w stu procentach to, co opisywałem na początku tego tekstu. Gytkjaer jest bardzo efektywnym piłkarzem. Nie potrzebuje wiele, aby pokonać bramkarza z przeciwnej drużyny. Tylko bardzo rzadko takie okazje stwarza drużyna, co też może wskazywać na: słabe wykorzystanie tak klasowego napastnika w taktyce Bjelicy lub brak zrozumienia z partnerami czy ostatecznie brak dokładności w podaniach ze strony zespołu. Nad wyraz irytował kibiców będących na stadionie Radosław Majewski. I słusznie. Były reprezentant Polski w trzech lub czterech sytuacjach całkowicie zepsuł kontratak swojego zespołu – gdzie mogąc szybko zagrywać: prostopadle w stronę napastnika albo na skrzydło: zbyt długo tę piłkę holował albo też brakowało mu odpowiedniego wyczucia. Wtrącając parę słów o Majewskim. Da się zauważyć, że nie jest to ten sam piłkarz, co jesienią, ale nadal nie daje Lechowi tyle, co Darko Jevtić. Jego zagrania raz są zbyt silne, drugi raz za lekkie – możliwe, że problemem jest głowa, presja, ale na takim poziomie, piłkarz zarabiający takie pieniądze, raczej nie powinien mieć z tym kłopotu.

W momencie, kiedy „Kolejorz” prowadził z Lechią już przewagą trzech bramek – z pewnością w ekipę gospodarzy wdarło się całkiem normalne rozluźnienie. Zupełnie zrozumiałe, choć przy większym szczęściu w polu karnym Putnocky’ego (Burić zszedł z kontuzją) graczy z Gdańska mogło dla poznańskich kibiców zrobić się nieco nerwowo. I ten luz widoczny był także u Christiana Gytkjaera. Ostatnie trzydzieści minut meczu nie było zbyt dobre w jego wykonaniu. Często, próbując minąć rywala, idąc sam – jak lew atakujący stado bawołów – tracił bezmyślnie piłkę i praktycznie za darmo oddawał ją rywalom. Poprawnie określiła to też pewna osoba na Twitterze, już nie pamiętam kto dokładnie, ale stwierdził, że właśnie Duńczyk czy Jevtić, czy Majewski – zaczęli przy dobrym wyniku grać zbytnio pod siebie, a nie pod kolegów, co zazwyczaj kończyło się nieudaną akcją lub jak wcześniej wspominałem, stratą futbolówki.

Wynik świetny, skuteczność również bardzo dobra w wykonaniu Christiana Gytkjaera, więc podsumowując, występ można określić jako bardzo udany. Słusznie na pomeczowej konferencji zauważył trener Lecha, że duńska strzelba nie zacięła się po niewykorzystanym rzucie karnym w ostatnich minutach z Koroną Kielce, a wręcz przeciwnie, zadziałało to na nią bardzo pozytywnie. W czterech kolejnych meczach, Gytkjaer strzelał bardzo ważne gole dla poznańskiej drużyny, praktycznie dające lub przypieczętowujące zdobycze punktowe dla trzeciej drużyny Lotto Ekstraklasy. W skali od 0-10, grę napastnika mogę ocenić na ósemkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *