Podsumowanie 28. kolejki Lotto Ekstraklasy

Miesiąc temu ukazało się ostatnie podsumowanie kolejki Lotto Ekstraklasy na naszej stronie. I kiedy nie mieliśmy powrócić z następnym, jak nie teraz – w przerwie reprezentacyjnej, gdy tęsknota za ligą wzrasta do poziomu absurdów. Tym bardziej, że jak zazwyczaj, miniony weekend przyniósł nam sporą dawkę emocji oraz niespodziewanych rozwiązań. Zapraszam do podsumowania 28. kolejki najlepszej ligi świata – Lotto Ekstraklasy!  

Wraz z początkiem weekendu udaliśmy się do Gliwic, gdzie miejscowy Piast podejmował Zagłębie. Pogoda nie dopisała. Miejsce słońca zastąpiły gęste opady śniegu i deszczu, które w znacznym stopniu wpłynęły na jakość murawy, a przede wszystkim gry obu zespołów.

Pierwsze pół godziny spotkania nie zachwyciło. Świadkami dość ciekawej sytuacji byliśmy chwilę po rozpoczęciu ostatniego kwadransa przed przerwą, gdy doszło do nieporozumienia pomiędzy Jakubem Szmatułą a Sašą Živcem. Przy nieco mniejszym szczęściu mogło się to skończyć dla gospodarzy utratą bramki. Była to konsekwencja wcześniejszego bardzo niefortunnego zagrania Czerwińskiego.

Do interwencji w 36. minucie zmusił bramkarza Piasta Jakub Tosik. Dobry strzał przy ziemi, tuż przy prawym słupku bramki Szmatuły. Chwilę później znów zawrzało w polu karnym gliwiczan, jednak bez konsekwencji.

Początek drugiej połowy rozpoczął się w podobnym rytmie do pierwszej odsłony. Inicjatywę przejęli gospodarze, jednak po kolejnym kiksie obrońcy Piasta, Koruna, dobrą sytuację zmarnował Mareš. W 86. minucie potężnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Vassiljev, jednak mimo to dobrze ustawiony golkiper gości zdołał wybić piłkę. W doliczonym czasie spotkania Hładun swoją świetną interwencją, którą zatrzymał główkę Czerwińskiego, zapewnił gościom jeden punkt wywieziony z trudnego terenu.

Zwycięstwo okupione trzema kontuzjami

Piłkarze Lechii dotarli do Poznania na pojedynek z będącym na fali wznoszącej Lechem w nie najlepszych nastrojach. Gdańszczanie znajdują się ostatnio w głębokim kryzysie, którego próbą rozwiązania była zmiana trenera.  Najpierw jednak ulegli Legii, a kolejno czekał na nich Kolejorz, który słynie z niezbyt dużej gościnności na własnym stadionie.

Goście weszli w to spotkanie nie najgorzej. Wykorzystując ospałość Lecha stworzyli sobie kilka sytuacji, w tym najgroźniejszą w 4. minucie spotkania, której skutkiem była niefortunna interwencja i kontuzja Jasmina Buricia. Z upływem kolejnych minut to gospodarze zaczęli dominować. Potwierdzili to wysuwając się na prowadzenie w 17. minucie spotkania, za sprawą ładnej bramki Łukasza Trałki będącego ostatnio w wysokiej formie.

W pierwszej połowie Nenad Bjelica był zmuszony skorzystać z wszystkich trzech zmian. Z powodu kontuzji boisko musiał opuścić wspomniany już wcześniej Burić, a także Situm oraz Radut. Zastąpili ich Putnocký, Jevtić oraz Jóźwiak. W doliczonym czasie gry prowadzenie podwyższył Gytkjær, który wykończył precyzyjne podanie od Maćka Gajosa powracającego w ostatnim czasie do dobrej dyspozycji. Przy tej sytuacji nie popisał się zarówno reprezentant Polski Sławomir Peszko, który zdecydowanie za łatwo dał sobie odebrać piłkę, jak i Michał Nalepa, będący źle ustawiony na własnej połowie.

Druga część zaczęła się spokojnie. Lechia zdołała nawet oddać strzał, jednak liczący się tylko do ogólnych statystyk. Utemperować chęci rywali postanowił wtedy Lech i podwyższył prowadzenie do 3:0, za sprawą Darko Jevticia, który dobrze zachował się w polu karnym po niesamowitym rajdzie Majewskiego na skrzydle. Zresztą polskiemu pomocnikowi udało się wtedy wykręcić nikogo innego jak… Sławka Peszko.

Po rzucie rożnym w 75. minucie Lechia ponownie miała całkiem niezłą sytuację, aby pomniejszyć rozmiary porażki. Dobrze, jednak zachował się Gumny. Najniebezpieczniejszą sytuację w całym meczu stworzyli sobie, jednak w 86. minucie. Co jednak zrobił w tej sytuacji były gracz Lecha? Odpowiedź na to pytanie pozostawię Wam samym.

Lechici ponownie mogli cieszyć się z trzech punktów i pewnego zwycięstwa na własnym stadionie. Pewnie żałują tylko, że przerwa reprezentacyjna przyszła już teraz, ponieważ czas na przełamanie na wyjeździe.

Deszcze bramek w Niecieczy

Sobota wciąż śnieżna i mroźna. W takich warunkach przyszło się zmierzyć Bruk-Bet Termalica Nieciecza Pogonią Szczecin. Po spokojnym rozpoczęciu, przepięknym uderzeniem wprost w okienko z rzutu wolnego uraczył nas Spas Delew. A to był dopiero początek! Jeszcze przed przerwą gospodarze zdołali wyrównać i wyjść na prowadzanie, za sprawą trafień Romana Gergela oraz Szymona Pawłowskiego. Pierwszego gola zapoczątkował Martin Mikovič swoim przejęciem piłki blisko linii środkowej boiska. Strzelec bramki zaliczył również asystę przy drugiem trafieniu dla swojego zespołu. Wypożyczony z Lecha pomocnik dobrze przyjął piłkę, utrzymał się na nogach pomimo ataków Murawskiego i delikatną podcinką pokonał Załuskę.

Świetną interwencją w 39. minucie popisał się Murawski. Pomocnik Portowców wybił piłkę tuż sprzed linii bramkowej po tym jak Roman Gergel zdołał minąć bramkarza i oddać strzał na niemalże pustą bramkę. Akcja Niecieczan ponownie rozpoczęła się od przejęcia piłki w środkowej sferze boiska.

W drugiej odsłonie na listę strzelców wpisał się Dwali i to dwukrotnie. Pochylmy się jednak nad tym wyrównującym trafieniem. Po dośrodkowaniu Delewa piłka wędruje daleko w bok od bramki strzeżonej przez Jana Muchę. Tam trafia na głowę Gruzina, a następnie wpada do siatki. Przypominało to poniekąd zgranie w głąb pola karnego. Katastrofalnie zachowała się defensywa gospodarzy, która niemal nie zrobiła nawet ruchu do piłki. Golkiper również wydawał się zaskoczony, poniekąd przekonany, że piłka wyjdzie poza boisko.

Wynik spotkania ustalił Delew. Postawa całej defensywy Termalici w tym spotkaniu jest godna pożałowania.

Zaprzepaszczona szansa

Główny kandydat do Mistrzostwa Polski, Jagiellonia Białystok, będąca w nie najlepszych nastrojach po wysokiej porażce z Kolejorzem w poprzedniej kolejce podejmowała Arkę Gdynia. Gospodarze jak to należy w ich roli, wyszli gościom na spotkanie daleko w przód, stwarzając sobie pierwszą poważną sytuację już w 9. minucie spotkania. Jako pierwszy nogę wyciągnął Pospíšil, jednak bramkarz Arkowców Šteinbors od razu dał mu do zrozumienia, że to nie będzie najmilsza wizyta. Zdekoncentrowało to Guilherme, który dziesięć minut później sprowokował rzut karny dla gości. Zarandia wiedział jak rozproszyć graczy gospodarzy…

Ostatecznie z jedenastu metrów nie mylił się Mateusz Szwoch. Kelemen dobrze wyczuł intencje reprezentanta gdańszczan, jednak to nie wystarczyło. Jagiellonia w kolejnych minutach próbowała się odgryźć. Ich bezskuteczność i brak szczęścia pobudziły zawodników gości. Świetny rajd i wejście w pole karne gospodarzy zaliczył Warcholak, który był początkiem jednej z groźniejszych akcji Arkowców. W 32. efektowną przewrotką popisał się Roman Bezjak, jednak piłkę po jego zagraniu sparował Šteinbors. Kilka minut później napastnik Jagiellonii zdołał go pokonać.

Na początku drugiej połowy gospodarze stworzyli sobie dwie naprawdę groźne sytuacje. Jednak w 64. minucie, po fatalnym błędzie Romanczuk, Arka znów wysunęła się na prowadzenie za sprawą drugiego trafienia Mateusza Szwocha i to nie byle jakiego – mierzony, techniczny strzał spoza pola karnego. Czas upływał i mogło się wydawać, że już jest po meczu. Że: „Jagiellonia spuchła i już nici z mistrzostwa.”. Ale podobno prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy. I choć „Jaga” jest rodzaju żeńskiego, jednak jej zawodnicy zachowali się perfekcyjnie już w samym doliczonym czasie gry, a właściwie jego ostatnich sekundach. 93:23 – po rozegraniu rzutu rożnego trafia Burliga. 94:39 – w nieco ponad doliczony czasie strzela Wójcicki. Arka Gdynia musi obejść się smakiem. Domownicy ugościli ich kupną babką z marketu, a sami schrupali najlepszy wypiek w mieście.

No to Ci pomogę…

Korona już dawno nie dała się nikomu tak zdominować na własnym boisku. I choć prowadzili już od 2. minuty spotkania po skutecznie wyegzekwowanym rzucie karnym przez Cvijanovicia, to z upływem kolejnych minut Górnik stwarzał sobie groźniejsze sytuację. Do bramki zdołał nawet trafić Igor Angulo, jednak po konsultacji VAR została ona cofnięta. Przed kolejną dobrą sytuacją Hiszpan stanął w drugiej połowie spotkania, lecz Alomerović dobrze zachował się wychodząc z bramki, gdzieś na jedenasty metr i blokując piłce drogę do siatki. Można by gdybać, czy napastnik Górnika będąc w formie podobnej do tej z początku sezonu zdołałby pokonać bramkarza Korony, który zresztą w kolejnej akcji znów popisał się dobrą obroną. Po wybiciu piłki wpadła ona pod nogi Koja, który przestrzelił na praktycznie pustą bramkę. 

Chwilę później Korona przejęła piłkę w środkowej strefie boiska i wyprowadziła skuteczną kontrę. Strzelcem gola został Kaczarawa. Początkowo miał trochę pretensji do niego Mateusz Możdżeń stojący na czystej pozycji przed pustą bramką, jednak emocje opadły po tym jak piłka znalazła się w siatce. Jednym z punktów zwrotnych spotkania okazał się być bardzo brzydki faul Jakuba Żubrowskiego na Matuszku, którego konsekwencją była druga żółta kartka dla zawodnika gospodarzy. I skoro Górnik sam nie mógł pokonać Almerovicia, Ken Kallaste „postanowił” im pomóc wykańczając głową dośrodkowanie ze skrzydła jednego z Górników. Wynik ustalił Mateusz Wieteska po dograniu Koja. Przyjezdnym nie można było odmówić ambicji w tym meczu. Pomimo bardzo niekorzystnego wyniku nie zwiesili głów i walczyli do samego końca, co już po raz drugi w tej kolejce się opłaciło. Koronie trzeba przyznać, że rozważnie się broniła i umiała wykorzystać nadarzające się okazję. 6 strzałów – 3 celne – 2 bramki.

Cracovia nie składa broni

Śnieg Ekstraklasę przywitał również w Krakowie, gdzie drużyna znad Kałuży podejmowała Sandecję Nowy Sącz. W pierwszym kwadransie byliśmy świadkami kilku akcji z obu stron. Ładnym strzałem spoza pola karnego popisał się Patrik Mráz, jednak tuż nad bramką. Kolejne fragmenty wyglądały podobnie. Pięć minut przed końcem pierwszej połowy na listę strzelców, po raz kolejny w tym sezonie, wpisał się Krzysztof Piątek. Piłkę w pole karne wrzucał Rakels a napastnik wepchnął się przed stopera Sandecji i strzelił głową. Bramkarz gości, Pietrzkiewicz, prawie miał tę futbolówkę, jednak uciekła mu w bok i ostatecznie wpadła do siatki.

Druga połowa to kolejnych kilka ciekawych akcji Cracovii oraz nowosądeczan. W 76. minucie swoje prowadzenie podwyższyli gospodarze. Po wykonaniu rzutu wolnego i wybiciu do boku piłki przez zawodników Biało-Czarnych ta wpadła pod nogi Piątka, który skierował ją do pustej bramki, ale w ostatniej chwili drugie trafienie w tym meczu zabrał mu Milan Dimun. Sandecja zdołała zdobyć bramkę honorową kilkanaście sekund później. Dośrodkowanie z rzutu rożnego wykończył Filip Piszczek, stojący na niemal czystej pozycji. Obrona Cracovii znajdowała się, gdzieś na jedenastym metrze oczekując podania właśnie w tę stronę. Dało to światełko nadziei przyjezdnym, jednak do końcowego gwizdka wynik się już nie zmienił.

Wapno podziału punktów

Nafciarze wciąż są całkiem nieźle dysponowani. Udowodnili to także w spotkaniu z Śląskiem i choć z Wrocławia wywieźli tylko punkt, były momenty które w ich grze mogły się podobać. W początkowych minutach Słowika próbował zaskoczyć Merebashvili mierzonym strzałem z dystansu. Kolejne minuty to kilka niezłych ataków Wisły Płock. Przed dobrą sytuacją z drugiej strony stanął też Robert Pich, jednak w sytuacji gdzie mógł wyjść na sam na sam z bramkarzem futbolówka za bardzo mu odskoczyła. 

W 35. minucie sędzia podyktował rzut karny dla gości za faul Riedera na Merebashvilim, wchodzącym w pole karne po kontrze. Pewnie wyegzekwował go Semir Štilić. Jeszcze przed końcem pierwszej połowy stan meczu wynosił ponownie 1:1. To za sprawą kolejnego „wapna”, które zostało podyktowana po ogromnym zamierzaniu w polu karnym gości po dośrodkowaniu Śląska. Piłka spadła, gdzieś na siódmym metrze i podczas walki o nią poszkodowany został Chrapek. Z jedenastu metrów nie mylił się nie kto inny jak Marcin Robak. Decyzja sędziego budziła, jednak pewien niesmak, ponieważ nie każdy widział tam karnego.

Druga połowa przyniosła dość wyrównaną grę z obu stron. Wyśmienitą okazję na wyjście na prowadzenie zmarnował napastnik gospodarzy Marcin Robak w 72. minucie, kiedy to znalazł się na czystej pozycji w polu karnym, jednak trafił w bramkarza. Z drugiej strony już w doliczonym czasie gry doskonałej szansy nie wykorzystał Michalak, który szukał chyba jeszcze rzutu karnego dla swojej drużyny. Chwilę później niewiele zabrakło Arkadiuszowi Piechowi. Obie strony musiały zadowolić się podziałem punktów.

Zalśniła Gwiazda w Warszawie

Wisła choć może miała mniej okazji niż Legia, była znacznie skuteczniejsza. Hit kolejki przyniósł nam sporą dawkę emocji oraz niespodziewany wynik.

Zdjęcie użytkownika Kolejorz - Lech Poznań.

Mecz rozpoczął się w naprawdę szybkim tempie. Z akcją ruszyła Legia, lecz po przejęciu piłki przez gości wyprowadzili kontratak. Kolejne minuty i kolejne groźne akcje Wiślaków. Nie można powiedzieć, że Legia była zdominowana, jednak wielokrotnie narażała się na takie właśnie ciosy. W 26. minucie spotkania gościom wreszcie udał się pokonać Arkadiusza Malarza, a dokładniej Carlitosowi po pewnym wykonaniu podyktowanego rzutu karnego. Silnym strzałem w samo okienko nie dał bramkarzowi Wojskowych żadnych szans. Chwile później Hiszpan zaliczył asystę przy bramce Vélez, ale cóż to była za akcja!

W ostatnich pięciu minutach pierwszej połowy Legia stworzyła dwie poważne akcje. Przy pierwszej dobrze interweniował jednak Cuesta, przy drugiej jeden ze stoperów Białej Gwiazdy. 

Druga odsłona spotkania to kolejne nieskuteczne próby Legii. Defensywa Wiślaków zagrała naprawdę dobre spotkanie, a Cuesta popisał się kolejnymi dobrymi interwencjami. Zatrważająca jest jednak postawa gospodarzy. Patrząc na statystyki można odnieść wrażenie, że dominowali, jednak najważniejsze są liczby będące na samej górze, czyli wynik. Porównując także ilość pokonanych kilometrów można odnieść wrażenie, że część piłkarzy obijała się na boisku, nie wspominając już o postawie Krzysztofa Mączyńskiego, którego trener nawet nie wypuścił na drugą połowę. W tym miejscu należy zadać sobie pytanie: Czy naprawdę tak ma wyglądać kandydat do Mistrzostwa Polski?


Herby klubów użyte w celach informacyjnych.
Screen: ekstraklasa.tv
Zdjęcie: twitter.com/HeelPiTeRo

Wiktoria Łabędzka

Entuzjastka sportu i polskiego rocka. Grafik 2D amator. Kibol. Studentka UAM.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *