Chorwacki wrak, Cafu latte i podkład Furmana – wnioski po meczu Legii z Wisłą Płock

– Panie redaktorze, muszę dziś wyjść z zajęć godzinę wcześniej. Obowiązki służbowe.
– Aż godzinę? A jakież to obowiązki?
– Dostałem akredytację prasową na mecz Legii.
– Dobrze, może pan wyjść, ale musi pan wyłapać coś ciekawego i przynieść z meczu tekst na następny tydzień. Bez tego nie dostanie pan zaliczenia.

Tak w skrócie wyglądały moje pertraktacje z prowadzącym zajęcia o nazwie „specjalizacja prasowa”. Po pierwszej połowie pomyślałem, że ze spotkania (meczem nazwać tego nie było można) Legii Warszawa z Wisłą Płock lepiej nic nie pisać i tym samym zakończyć swoją karierę na Uniwersytecie Warszawskim. Szkoda prądu, można nadwyrężyć palce, a i oczy od monitora się psują. Zdaniem lekarzy zielony kolor działa kojąco na oczy, a ciężko w Warszawie znaleźć większą polanę niż ta przy Łazienkowskiej. Jednak oglądanie piłkarzy biegających po murawie stadionu Legii również groziło zapaleniem spojówek.

– Trudno – pomyślałem – jak mam oślepnąć, to od monitora, nie od tej kopaniny. A skoro przewegetowałem na studiach trzy lata, to nie mogę się wyłożyć na ostatniej prostej przez Brozia, Antolicia i Eduardo.

Właśnie, Eduardo. Jezusie Nazareński, Królu Żydowski – jakim ten brazylijski Chorwat jest wrakiem. Zastępował dziś na „dziewiątce” kontuzjowanego Jarosława Niezgodę, ale moim zdaniem to bardzo podejrzana sprawa, bo Polak nawet z nogą w gipsie byłby bardziej dynamiczny od byłego napastnika Arsenalu. Po tym, jakim niewypałem okazał się Tomas Necid, wydawało się, że nie można sprowadzić bardziej przereklamowanego napastnika. Czech jednak strzelił w zeszłym sezonie bramkę z Cracovią, która miała kolosalne znaczenie w kontekście mistrzostwa „Wojskowych”. Statystyki ponoć nic nie mówią, ale w tym przypadku mogą przynajmniej szeptać.

Nie zawiódł za to inny z pozyskanych przez Legię zimą zawodników – Cafu. Nie oznacza to, że zagrał wybitnie. Po prostu stał tam, gdzie było trzeba. Najpierw w 35 minucie, gdy wykorzystał błąd Thomasa Dhane, a następnie dobijając piłkę do pustej bramki w 87 minucie. To mogą być trafienia o przynajmniej takiej wadze, jak wspomniany wcześniej gol Necida.

Przed drugą bramką Cafu Legia miała nóż na gardle. Z nieba do piekła, z piekła do ósmego kręgu piekła, z ósmego kręgu piekła do nieba – tak wyglądała dzisiejsza droga Legii Warszawa. Po tym, jak prowadzili 2:0 po golu Michała Kucharczyka, najpierw stracili bramkę na 2:1, a chwilę później za drugą żółtą kartkę z boiska wyleciał Mauricio. Zaraz potem Kamil Biliński wyrównał na 2:2 po pięknym woleju i marzenie o tytule mistrzowskim zaczęło się oddalać.

Olbrzymią rolę w zwycięskiej bramce dla „Wojskowych” odegrał ex-legionista – Dominik Furman. Właśnie, ważne pytanie – czy sympatyczny Dominik nie podłożył się swojej byłej drużynie? Zwolennikiem teorii spiskowych nie jestem, ale jeszcze w przerwie spotkania kibice z Warszawy kilkukrotnie wykrzyknęli imię i nazwisko pomocnika. Nie w celu sprowokowania go, a raczej uhonorowania jego zaangażowania podczas kilku lat spędzonych przy Łazienkowskiej. Kapitan Wisły – specjalnie lub przypadkowo – swoim zagraniem również oddał cześć fanom ze stolicy.

Wszystkich w tym meczu przyćmił Arkadiusz Malarz. Zaliczył przynajmniej trzy interwencje na poziomie światowym. Aż ciężko uwierzyć, że ten bramkarz ma już 37 lat. Facet już dawno zdeklasował Krzysztofa Ibisza w pojedynku na długowieczność. Niewykluczone jednak, że niedługo będzie trzeba nagrywać sequel filmu „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” z Malarzem w roli głównej.


Obecny na trybunach Adam Nawałka również mógł być zadowolony. Przyglądał się Sebastianowi Szymańskiemu, który prezentował się przynajmniej przyzwoicie. Dziewiętnastolatek ma spore szanse na znalezienie się w szerokiej kadrze reprezentacji. Kto wie, czy przy problemach ze skrzydłowymi, nie okaże się, że pojedzie na mundial w roli Bartosza Kapustki podczas EURO 2016. Szymański pochodzi z Białej Podlaskiej, która leży 50 km od białoruskiej granicy. Chyba jednak nigdy nie był tak blisko Rosji, jak jest teraz, będąc w Warszawie.

Po tym spotkaniu Legia znacznie przybliżyła się do mistrzostwa. A ja do zaliczenia specjalizacji prasowej.

Piotr Lachowski

Półgitarzysta i parapiłkarz. Samozwańczy poeta oraz ekspert w każdej dziedzinie. Nie dziennikarz, ledwo student dziennikarstwa. #TeamZarzeczny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi